|
|
Zielone trzewiki
Podkurczyła nogi, kryjąc je nieco wśród znikomych smug cienia.
„I pamiętaj dziecino, ilekroć odkrywasz słońcu swe ciało, tylekroć stajesz się ku nim podobna.”
Babciny głos w jej głowie wzdrygnął zaspanym ciałem dziewczyny.
Skuliła się w sobie, przywierając plecami do chropowatego pnia Dębu. Zagryzła dolną wargę i z przejęciem wymalowanym na licu poczęła przyglądać się odsłoniętym partiom swego ciała.
Rzeczywiście, odcień jej skóry zmieniał się. Każdego dnia ciemniał coraz bardziej, przywodząc na myśl… ich skórę! Stawała się jedną z nich… Jedną z wyklętych, jedną z mauretańskich kobiet!
Cichy jęk wyrwał się z zaschniętych ust dziewczęcia. Schwyciła kamyk i cisnęła nim z całych sił w kierunku słońca. Ognista kula zdała się jeno drwić z poczynań ludzkiej istoty, oślepiając ją kolejną porcją palących promieni.
Takiej suszy, jak tegoroczna, nawet najstarsi mieszkańcy Jastrzębca nie potrafili przywołać w swych wspomnieniach. Bezwzględny skwar, lejący się z nieboskłonu, zbierał coraz większe żniwo. Wzniecał pożogi, zieleń traw przemieniał w złocistą barwę sianokosów. Wygłodzone, słaniające się na nogach zwierzęta przestały się rozmnażać, a co gorsza przestały dostarczać mleka i jaj. Głód zapukał do drzwi każdej chłopskiej chaty, siejąc strach znacznie większy niźli poborca podatkowy.
Coś lub ktoś ścisnęło mu gardło. Poczuł jak fale mdłości i duszności toczą bój o jego ciało.
Wierzgnął niczym zwierzę schwytane we wnyki, po czym zsunął się z krawędzi łoża i zwymiotował. Obrzygał trzewiki obite zielonym aksamitem, obrzygał swą nową kamizelkę, walającą się po podłodze. Nie oszczędził nawet pierścienia z herbem swego rodu.
Przegubem dłoni starł z twarzy resztki wymiocin.
- O jeden puchar za wiele – wymamrotał przepitym głosem i podniósł się z podłogi. W tejże chwili zmysły jego otrzeźwiały na tyle, by poczuć tępe uderzenia czegoś, co zdawało się siedzieć w jego głowie. Syknął, obejmując dłońmi skronie.
- O dwa puchary za dużo – burknął.
Powłóczystym krokiem dotarł do stolika, na którym służący ułożył staranny stosik dokumentacji. Ociężale przysiadł na stołku wciskając swe wielkie brzuszysko pod blat. Przejrzał kilka pierwszych papierzysk, poczym odsunął je, nie kryjąc swego rozbawienia.
- Tu nigdy nie ma suszy – podrzucił w dłoni pękatą sakiewkę, poczym schwycił za srebrny puchar po brzegi wypełniony czerwonym trunkiem.
- A i tu źle się nie wiedzie – dodał zbliżając kielich do swych mięsistych warg.
Słońce zaczynało skłaniać swe płonące oblicze ku zachodowi, kiedy smagnęła jedną z bardziej opornych owiec cieniutką rózgą. Pognała swą trzódkę z pastwiska, a raczej z tego, co onegdaj pastwiskiem bez wątpienia było. Choć od wioski dzieliła ją godzina żmudnego marszu, już teraz myślami była przy misce ciepłej strawy. Już teraz przygotowywała swe wycieńczone upałem i ciężką pracą ciało do spoczynku na wyścielonej słomą leżance.
Z kojących rozmyślań wyrwał ją widok mężczyzny leżącego pod drzewem. Wstrzymała gromadkę owiec, niepewnym krokiem zbliżając się ku niemu. Nie poruszył się. Sprawiał wrażenie śpiącego. Zawahała się, po chwili jednak pochyliła swe ciało i drżącym głosem zapytała:
- Mości panie, żyw pan?
Nie zareagował. Gotowa ruszać dalej, poczyniła pierwszy krok, mając przed oczyma talerz pachnący cebulową zupą. I wtedy poczuła ból w lewej łydce. Tłuste paluchy mężczyzny oplotły jej szczupła nóżkę.
- Dokąd to Kalineczko? – jegomość dźwignął się nieco na łokciu, odsłaniając swą pyzatą, zarzyganą twarz.
- Pan wybaczy, jam nie Kalina jeno Mirochna – wydukała blednąc na licu.
- Kalina czy inna Jadwisia, różnicy mnie to nie czyni – wyszczerzył białe zęby w paskudnym uśmiechu.
Dziewczyna szarpnęła nogą, próbując wyswobodzić się ze zgubnego uścisku.
- Dokąd to gołąbeczku? – zacisnął palce, wokół jej drobnej kostki, całkowicie ją unieruchamiając. – Jeszcze nie skończyliśmy a ty już skrzydełka do lotu szykujesz?
Odepchnął się od pnia i przykucnął przy chwiejącym się z przerażenia dziewczęciu.
- Ale myyy…
Zapomniała, jak smakuje cebulowa polewka, przygotowywana przez jej mateczkę. Zapomniała, jak uciążliwym jest skwar południowego nieba. Zapomniała, jak przyjemna bywa woń świeżo ściętej trawy…
Pamiętała smród jego spoconego ciała i resztek wymiocin tuż przy swych ustach. Pamiętała dotyk jego tłustych, brutalnych dłoni. Pamiętała ból i smak swych własnych łez. Pamiętała zieleń jego aksamitnych trzewików… Pamiętała i nie mogła zapomnieć.
Zasypiała z nadzieją, że już nigdy nie otworzy oczu.
On kładł się z nadzieją, że jutro znów obudzi się bogatszym.
Budziła się z myślą, że dziś odnajdzie w sobie dość odwagi, by zakończyć swój żywot.
On wstawał z przekonaniem, że znów odczuje, że żyje.
Przestała rozmawiać z ludźmi.
Nie przestał pić.
Zdziczała, postradała zmysły, popadła w obłęd własnego cierpienia.
Radował się, zaspokajał zmysły, popadł w obłęd własnej przyjemności.
Minęły kolejne tygodnie. Susza nie ustąpiła, bezkarnie oplatając płonącymi ramionami pobliskie ziemie. Umarło dwóch starców, umarło jedno nowonarodzone dziecię. Trwoga i bogobojność wypełniły serca wszystkich, począwszy od dziecięcia na starcu skończywszy. Najwięksi spośród zatwardziałych w swej niewierze, na klęczkach ofiary w świątyniach składali. Daremnie… Zdawało się, iż nadzieja wśród ludzi w susz się przemieni, gdy oto podróżny w szaty zakonne odziany, tymi słowami ginącą nadzieję ożywił:
- Wśród was szukajcie. Wśród was bowiem cel Boskiego miecza!
Nie szukali długo. Dnia tegoż samego wyrwano dziewczę z matczynych objęć. Pośród krzyków, policzków i splunięć na targ zaprowadzono, gdzie stos uprzednio wzniesion został.
Załkała skrycie, gdy biodra jej do słupa wiązano. Załkała głośniej, kiedy płomień pierwsze gałązki strawił. Uśmiechnęła się błogo, gdy żar ciało jej musnął.
Nareszcie…
Z hukiem stoczył się na podłogę, rozbijając głowę o kant łoża. Zamroczony alkoholem nie poczuł bólu, jeno skrzywił się znacznie kropelki krwi ze skroni ścierając. Jak co dzień do stołu powlókł nogami, z coraz większym oporem wciskając brzuch pod jego blat. Od niechcenia smagnął paluchem po jednym z pieczołowicie ułożonych papierków i już miał za puchar chwytać, gdy uwagę jego imię jakowe przykuło.
„Mirochna”…
- A to dopiero! – wrzasnął, uderzając pięścią w stół – Chędożyłem wiedźmę!
Autor: Kaedlin

