|
|
Stary ćlowiek i może
- Won mi stąd, żebraku! – wrzasnął tłusty oberżysta traktując kopniakiem zadek należący do kogoś o znacznie milszej fizjonomii. – Ażebym więcej nie widział twej tępej mordy, niedojdo! Precz! Żwawo, bo spuszczę kundle!
Były gość karczmy, zaszczycony jeszcze kilkoma epitetami, które z pewnością wywołałyby rumieńce nawet u doświadczonej ladacznicy, wdzięcznie uniósł poturbowane siedzenie i ruszył przed siebie poprawiając brudne, chłopskie spodnie. Splunął, zacharczał i filozoficznie stwierdził:
- Nie ma na świecie żadnego miłosierdzia dla biedaków! – dla podkreślenia słów pogroził pięścią w kierunku niebios, po czym podrapał się z namysłem po pośladku. – No. To co by tu tera…
Zatrzymał się, zmarszczył czoło i po chwili wzmożonego wysiłku intelektualnego uśmiechnął się szeroko. Zatarł ręce i szybko skręcił ku węższej uliczce. Po chwili jednak znów przystanął, jakby marsz i myślenie wykluczało się wzajemnie.
- Głupiś Kaźko, toć Gruszeńka nie przyjmie cię bez złota! – skonstatowawszy ten fakt i pojąwszy przy okazji naturę rodu kobiecego, zapłakał rzewnie w rękaw. Gdy już się trochę uspokoił, otrzepał zasmarkaną koszulinę z kilku zbłądzonych wszy.
Podążał więc dalej, na przemian lamentując i złorzecząc wszystkim, począwszy od zapchlonych i trójokich w swym mniemaniu Maurów, poprzez zakonników i na samym Stwórcy skończywszy. I tak zaabsorbowały go litanie na temat zniewieściałych Dobrytów, że nie zwrócił nawet uwagi na przygarbionego starca, który dreptał za nim próbując na wszelkie możliwe sposoby zwrócić na siebie uwagę. Metody owe sprowadzały się przede wszystkim do szarpania za spodnie i szczucia gęsią trzymaną pod pachą. Wreszcie dziadek osiągnął sukces, po części spowodowany wyczerpanym repertuarem wulgaryzmów Kaźka.
- Nu, nareszcie. Mlodyj ćlowiek…
- Czego, starcze? – przerwał tonem nie wpisującym się w kanony taktu.
- Spakojno. Posluszaj ty mnie uważnie. Braklo wam zlota może? – puścił wreszcie nogawkę chłopaka, aby wyciągnąć sakiewkę.
Kaźko uśmiechnął się tępo. Bo chociaż nie znosił tych pomyleńców z osobliwym akcentem, to monety lubił bardzo. Po chwili jednak maślany wzrok znikł.
- Nie będę się z tobą na nic umawiał, boś oszust, jak cała ta twoja banda.
- A skąd ty wiesz, że ja oszust? Niczewo nie rozumiosz...
Kaźko nie chciał rozumieć.
- Paszol won, sabaka! – wrzasnął mu do ucha, spodziewając się, że ichnią mową doń trafi.
Starzec jednak tylko zarechotał.
- Takiego mi trza – poklepał mężczyznę po lędźwiach, bo, pomimo najszczerszych chęci, do ramienia nie dosiągł. – Nie chociesz ty jednak zarobić 'kiego zlota? – wyszczerzył się ukazując trzy sczerniałe zęby. – Uczciwie.
Chłopak milczał, bowiem przeżywał moralną rozterkę. Zagadka brzmiała: „Jak spółkować z tym świńskim pokurczem nie narażając swej, już i tak wątłej, reputacji?". Każdy w mieście dobrze wiedział, że kolaboracje z tego typu dziwacznie mówiącymi personami nie kończą się niczym dobrym. Jednak widmo kolejnego dnia bez posiłku zmusiło do podjęcia ryzykownych rozmów z jegomościem ze wschodu.
- Co miałbym zrobić? – uśmiechnął się nieśmiało.
- Widzisz, ja już staryj, nie w bójki mi iść, ino do mogily, khe, khe… ale honor mam! Nie dam się obrażać żadnym niemytym kastratom! – Zakaszlał. - Siądźmy gdzieś, bo nogi mnie bolą. Chociesz ty piwa?
Odpowiedzią był dziwny bełkot, który mógł zarówno stanowić speszone potwierdzenie, jak i wywód o zastosowaniach sierpa w alkowie.
- Haraszo. Chodźmy do mego doma. Kak pewno wiesz, u mnie stadnina. I mnoga, znaczyt… dużo koni. Od niedawna ktoś te koniki rozkrada… Ja wiem, wiem, zapytasz ty mnie, dlaczego nie zechcę pomocy 'kiego draba z mej ziemi, ale oni się boją.
- Czego?
Dziadek ugryzł się w język i przyspieszył kroku, co wybitnie nie spodobało się wciąż trzymanemu pod pachą ptakowi, bo zaczął się wiercić jeszcze natrętniej.
- Nu, nie zadawaj głupich pytań. Ty silnyj jesteś, nic ci nie winno być groźne. A ja – zarechotał i postukał wykrzywionym palcem po czole – mam spryt!
Kaźko czuł się mile połechtany. Od 10. roku życia, kiedy to ojciec rzekł mu, że ma dostatecznie krzepkie ramiona by unieść kosę, nie usłyszał tak ewidentnych słów uznania. Przez myśl mu nawet nie przeszło, że starzec szuka głupca gotowego tanio podjąć się niedorzecznego zlecenia. Bo po co ma tracić swoich ludzi?
- Moje chlopy boją się, bo trzy junaki przebierają się za duchy – westchnął. - Ja nim tlumaczę, batem tlumaczę… Dla nich to sily nieczyste i koniec. Nada się tych zbójców pozbyć.
- Że zabić?
- Tss! – Dziadek znowu objął wątłym ramieniem lędźwie towarzysza. – Czy ja mówilem, że od razy burdy urządzać? Ale cicho, zara dojdziemy…
Gdy już przyszli młodzieniec, oprócz szczegółowych wyjaśnień, dostał kufel dobrego piwa, ciepłą strawę oraz miejsce nocleg wraz ciepłym kocem. Dawno nie był tak szczęśliwy, a gdy już zasypiał czuł się niezniszczalny.
Z kolei następnego dnia wieczorem miał się dość niekomfortowo. Nikt mu nigdy nie kazał wdziewać babskiej sukienki, a teraz musiał wgramolić się na wóz w tym niecodziennym dlań stroju. Poprawił kapelusz i spojrzał tęskno na spodnie garbatego starca.
- Nu, priekrasna. Pamiętasz, co masz robić? Ślicznotko?
Skinął, że tak.
- To żwawo – krzyknął wkopując się pod koce na tyle, a Kaźko uderzył wodzami konie.
Jechali dość długo przy lesie, nim wyłoniły się trzy postaci odziane w coś, co przypominało wory na mąkę i chyba w rzeczywistości nimi było.
- Stój… - zawył przeciągle jeden z worków.
Chłopak szarpnął za lejce, a zwierzęta posłusznie zatrzymały się. Trzy indywidua podeszły, nie zachowując nic z gracji zjaw, za jakie chciały uchodzić. Niemniej jednak buchająca przy każdym kroku mąka dodawała grozy.
Przełknął ślinę, wydał z piersi quasi-kobiecy krzyk i już szykował się do teatralnego omdlenia, gdy mężczyźni uznali, iż nie ma sensu dłużej udawać i postanowili pozbyć się niewygodnych szmat. Jeden rzucił przebranie tak niefortunnie, że jego kompan przewrócił się, co wywołało sprzeczkę. Kaźko lustrował ich poczynania tępym spojrzeniem. Zmełł przekleństwo, poprawił włosy i zaszczebiotał:
- Chłopcy, chłopcy! Po co te kłótnie? Może lepiej się... eee... zabawimy? – zachichotał ni to zalotnie, ni to idiotycznie.
- Zabawić się zabawim, pierwej ruszże rzyć i złaź z woza!
Młodzieniec przełknął ślinę. „Myśl, ladacznico, no, myśl!", próbował dodać sobie pewności siebie, „Jeśli zaraz, czego nie wymyślisz, to wychędożą cię na śmierć. Myśl!".
- Co jyst, babo?! Zadyk ci do woza przyrósł? – warknął jeden plując mąką. – Jyśli zaraz ni zyjdzisz, to ja ci pomogem, aly to już martwiutka upadnisz!
Żarcikowi zawtórował gromadny śmiech, przypominający bardziej chór jeleni w okresie godowym.
- Ale… tego, no… Mogę dać ci to, czego żadna kobieta dać ci nie mogła!
- Martwa też nam to dasz – odrzekł ten z maczugą wielkości krowich wymion, - więc dla waszego dobra, schodźcie z rękoma na mordzie. Nie wiadomo, co babskiemu pomiotowi do łba strzelić może.
- Ni udawaj takij opornyj – rzekł któryś podchodząc w celu pomocy.
Agresorzy widząc, że „kobieta" upadłszy nawet się nie ruszy, podbiegli.
- No i zabiłeś nam uciechę!
- Ino martwa tyż zdatna, rzyć dalyj ma, cyc tyż. Problymu ni ma.
Kaźko przeraził się. „Jeśli tak mam skończyć, to w ogóle urodzić mi się nie przystało", stwierdził, gdy poczuł szturchnięcie w brzuch.
- Ni ma rady. Musim się taką ubawić.
- Trza kolejność oznaczyć – wtrącił chłop z maczugą. – Jam najstarszy i mi się chędożenie pierwszemu należy.
- Bzdura, padalcu! – wrzasnął drugi. – Ja tu dowodzić i ja tu pierwszy łupy zbierać. Tako rzekłem i mnie się trzeba słuchać, kundle!
Zadarł „niewieście" przyodziewek i wyciągnął interes. Niemniej jednak uczynić, co zamierzał nie zdołał, bo mu przerażony Kaźko zwinnym ruchem odciął przyrodzenie. Ów zawył, lecz nim pozostałą dwójka zdążyła zareagować spod szmat wyłonił się starzec. Z łukiem.
- Zachcialo ci się okradać, czorcie przeklęty? Mnie?! – zakrakał strzelając. – Obyś sczezł, duraku!
Kaźko nie mógł uwierzyć, w jaki sposób ten zniedołężniały garbus może mieć jeszcze dobry wzrok i tyle siły. Gdy ów ubił pozostała dwójkę , kazał pomóc sobie w zejściu z wozu i rzekł triumfalnie:
- Zanim się dziewuszce pod kieckę zajrzy, trza najpierw sprawdzić czy aby żywa nie jest.
Przez chwilę spoglądał rozanielony na trupy, jakby zastanawiając się, czy aby nie rozpruć im brzuchów i nie rozwiesić jelit na drzewach, jednak w pewnym momencie wyraźnie zbladł.
- Co jest, starcze? – zapytał Kaźko mecząc się z rozwiązywaniem sukni.
- T-ten… t-ten z maczugą, t-to synalek… jednego ze szlachcianów – wybąkał.
- Do stu kur… to już po nas… - zapłakał.
- Nu, nie zamartwiaj się…
- Ty i tak wkrótce umrzesz, a ja?! – zawył.
- Zawsze możem skorzystać z ostatnich przyjemności… Nu wiesz… - zaczął zbliżać się do Kaźka. – U ciebie krasiwa, dziewczęca buźka, a stary ćlowiek i może.
Młodzieniec załkał ponownie i nim się opanował, padł bezsilnie pod naporem chuci siedemdziesięciolatka.
Długo jeszcze, obok radosnego śpiewu ptaków, wieczór umilały jęki i wyzwiska unoszące się nad mogiłą.
Autor: karina [Sokoya]

