Relikwie

- Małczy, ropucho – klaśnięcie i odgłos upadającego ciała dały się słyszeć przez cienkie drzwi sypialni. Krótko brzęknął padający na podłogę mieszek. Chudawy, sądząc z dźwięku. Leżący w łóżku tłuścioch z wygoloną głową otworzył nieprzytomne oczy. Kiedy zaś drzwi otwarły się i wkroczył prze nie niewysoki acz pękaty jegomość, obudzony otworzył je na całą szerokość. Jak i usta. Wtargnięcie musiało go solidnie zaskoczyć. Szybkim ruchem naciągnął kołdrę na głowę leżącą na poduszce obok.
- Ty się ni boooj – śpiewna wymowa i akcent z bardzo dalekich stron nie uspokoiły leżącego ani trochę.
- Co tu ? Czego ? Wynocha – próba wygonienia intruza stanowczym tonem spełzła na niczym.
- Ni boooj. Pomożesz ty mnie, a krzywdy tobie nie zrobię ja – pękaty człeczyna przysiadł na brzegu łóżka. Broda, jasna jak i włosy, poruszyła się w uśmiechu – posłuchaj mni ty. Ja, widzisz, z daleka zajechał, ot co. Czwarty już księżyc bedzi jak w drodze ja. A znasz ty, co dla męża najważniejsze jest ? – zerknął na szatę duchownego spoczywającą na krześle – nu może i nie – mruknął – Najważniejsze dla męża jest dziedzica dochować się. A małżonka moja co i raz córki rodziła. Imaginuj sobie, sześć po kolei. Co ja nie robił – pokręcił głową – i u medyków był i u babki mądrej był i zioła pił chocia jak końskie szczyny smakowali. Ale o czym to ja ... aha. Tak i kiedy dziewuch po domu już pół tuzina latało, ślub ja złożył w świątyni pana naszego. Że jeśli dziedzica dochowam się, to do stolicy wyruszę. Tamój najświętsze relikwie ucałuję. Młotek i Rylec, co nimi Szafarz, boską ręką prowadzon, Boże słowa kuł. W dzień katastrofy, śród płomieni na ścianach świątyni, na górze świętej Monte Cassino kuł. Tak ślubował ja. I będzie pół roku nazad, jak małżonka syna powiła mnie. Tak i przyjechał ja. Wiem ja, że ty Rylca i Młotka najświętszego opiekun. I kto tobie zapłaci, tego ku nim zawiedziesz. Jeno widzisz, miał ja dla cię suty denarów woreczek ale zbójcy, dzień drogi ode miasta, ograbili – powoli zrozumienie i nadzieja pojawiały się w oczach duchownego. Obrzucił powątpiewającym spojrzeniem bogatą szatę brodacza i opowieść o zbójach włożył między bajki – tak ty pomóż mnie braciszku – żeby ja po pomoc do inkwizytorów iść nie potrzebował. Bo czy pomogą mi oni czy nie, jeden Szafarz wiedzieć raczy. Ale rzecz pewna, że nie lubią braciszkowie święci sodomitów – zarechotał krótko i znaczącym spojrzeniem obrzucił drobną postać zakrytą kołdrą. Na twarz leżącego wypełzł strach niemożliwy do ukrycia, powoli kiwnął głową na znak kapitulacji – tak i chodźmy.
- Już ? –
- A na co czekać nam. Ot jutrzenka za progiem. Za dwie godzin na sekstę zadzwonią – rzucił leżącemu, zdjętą z krzesła, szatę i odwrócił się.

Szli nawą katedry. Rzeźby i malowidła zdawały się poruszać w migotliwym świetle świec. Obaj skłonili krótko głowy doszedłszy na wysokość ofiarnego stołu. Za nim to na półokrągłej tylnej ścianie, kute w każdej, od trzystu już lat, świątyni, jawiły się słowa zesłane Szafarzowi przez Boga. Dla odnowienia świata. Dla wyznaczenia drogi. Po wielu wąskich stopniach zeszli pod ziemię. Na końcu wąskiego korytarza dwaj strażnicy przyjrzeli im się uważnie nim wpuścili ich do środka. Braciszek, zdjętym z szyi kluczem, otworzył okutą skrzynię. Na czerwonej jak krew tkaninie spoczywały dwie najświętsze relikwie Ardeizmu. Brodacz kilka długich chwilę przyglądał im się bardzo uważnie, jakby chciał zapamiętać najmniejszy ich szczegół. W końcu ucałował je ze czcią i odsunął się, wciąż pod czujnym spojrzeniem strażników.
Niebawem wsiadał przed katedrą na krępego, bułanego basmacza.
- Tak i dziękuję tobie ja. A gdzie ja spotkał cię, tak już zapomniał. Mnie i do dom pora. Tam dziedzic mój, synowiec. Śliczny, ze wszystkim w oćca wdały. Bywaj ty zdrów – zawrócił konia ku zachodniej bramie Nowego Rzymu. Nie dostrzegł wyrazu ulgi na obliczu duchownego. Wszak po wschodniej stronie miasta stała siedziba Jego Eminencji Giovaniego Orsiniego. A szef inkwizycji lubił ponoć przed snem słuchać jęków i krzyków grzeszników. Stąd z jego sypialni do kazamatów świętego officjum było całkiem blisko. Jeździec minął okazały pałac, gdzie spał zapewne jeszcze obecny Szafarz, Ottaviano Crivelli. Obejrzał się z uśmiechem ku południu. Tam z pewnością chrapał wciąż Albrecht II Habsburg. Znany był z zamiłowania do bali i łowów oraz niechęci do porannego wstawania. Ale w końcu cesarzowi prawie całego świata należą się jakieś przywileje.

Zmierzchało. Jesienny, bezwietrzny wieczór rozbrzmiał tententem kopyt. Po ścieżce, która niedaleko przechodziła w drogę do Dunbarrow, kłusował koń z cesarskim gońcem na grzbiecie. Mało kto odważył się podróżować między stolicami prowincji. Drogi, których i tak prawie nie było dalej od miast, okupowali bandyci i na niebezpiecznego zwierza natknąć się było łatwo. W podróże wyruszały tylko dobrze chronione kupieckie karawany i cesarscy gońcy. Każdego, kto śmiał ukraść choćby jeden list czy obrabować gońca ścigano z całą bezwzględnością. Diuk Angus Mac Dougan władający Brytanią z położonego w pięknej dolinie Dunbarrow nie był wyjątkiem i zapewniał bezpieczeństwo przesyłkom na swoich ziemiach. Dzień drogi od miasta było już bezpiecznie. Dlatego goniec nie rozglądał się na boki. A cichego świstu nawet nie usłyszał. Arkan spadł na końską szyję i osadził kłusującego rumaka niemal w miejscu. Jeździec zaś szerokim łukiem wyleciał z siodła i pokatulał się, po błotnistym cokolwiek, trakcie. Dłuższą chwilę zajęło mu przyjęcie pozycji siedzącej.
- Śpij – usłyszał, a w głowie rozbłysły mu gwiazdy. Nie czuł już, że zarzuconego na ramię jak worek ziarna, niosą go w las.
- No, gotowe – krępy brodacz ostrożnie zawinął w miękką materię sześć woskowych odcisków pieczęci. Po dwie cesarskie, inkwizycji i zakonu templariuszy. Listy włożył z powrotem do torby. Pozbył się już słowiańskiego akcentu, a i kolor brody i czupryny odzyskał. Pochodził z franków, toteż włosy i brodę miał ciemne. Nikczemny wzrost i lata spędzone w kuźni sprawiły, że z postury podobny był baryłce piwa. Który to napój wielce sobie upodobał – puść go już – podał torbę z listami niewysokiej dziewczynie, siedzącej obok. Miała smagłą skórę, gdyby przyciemnić ją jeszcze trochę, wzięto by ją za Maura. Dziwnie kontrastowały z nią bardzo jasne włosy, jaśniejsze nawet niż u Słowian. Takie widywało się tylko u normańskich przybyszów z północy. Oczywistym było, że jej rodzicie rodzili się daleko od siebie.
Dziewczyna odwiązała brudnego i poobijanego posłańca od drzewa. Mężczyzna widział tylko jej oczy, duże i brązowe, niemal czarne. Aż się wzdrygnął, kiedy pomyślał, że takie właśnie powinna mieć czarownica. - Czarownicy żyć nie pozwolisz – słowa Kodexu same wypłynęły z jego ust. Jak prawie całość życia ludzkiego, tak i tę sprawę regulowała święta księga Ardeizmu. Nic dziwnego, wszak sam Bóg prowadził dłonie Szafarza. A fakt, że ów oddał życie, w proch płomieniami obrócony, kując je na ścianach świątyni, dodawał im tylko autorytetu. Dziewczyna doprowadziła go na skraj lasu. Zawiesiła mu na szyi torbę z listami i pożegnała kopniakiem, wciąż nie odezwawszy się ani słowem.

Barczysty, ciemnowłosy kowal, oddalał się od kuźni. Z uśmiechem podrzucał w dłoni mieszek denarów. Tyle zwykle zarabiał w dwa dni ciężkiej pracy. A teraz, dzień odpocznie. Z uśmiechem obejrzał się za siebie. Trójka najemców kuźni już zniknęła w środku.
- Jeden dzień będzie dość ? – dziewczyna zapytała krzątającego się krępego towarzysza.
- A tobie więcej trzeba, żeby obiad ugotować ? – odpowiedział pytaniem ważąc w dłoni jeden z młotków.
- Bo ja wiem – uśmiechnęła się wesoło – pewnie i tak nie chciałbyś jeść, tego co ugotuję – ale on już jej nie słyszał. Krzątał, wybierając narzędzia. W końcu stanął przed rzędem sztab i worków. Niektóre wyciągał i odkładał na stół, inne pomijał. Mruczał przy tym w gąszcz brody.
- Miedź, cyna, cynk, żelazo, ooo niezgorsze – puknął młotkiem w sztabę i pokiwał głową zadowolony usłyszawszy dźwięk – węgiel, ołów, ho hooo nawet srebra i złota kapkę ma. Granit, wapień, piaskowiec, piasek. Czy ja jestem murarz ? Ruda darniowa. Nu chodźcie, wybierajcie. Stal się raczej nie nada, brąz też. Dobrzem w tych podziemiach nie spostrzegł, ale mi się widzi, że spiżowe były. Może mosiężne, ale raczej spiżowe. –
- Rób jak uważasz. Mnie nie mówisz, czym konia karmić, jej jak straże o sraczkę przyprawić, to i my ci mówić nie będziemy, z czego Młotek i Rylec zrobione. Piwa przynieść ? – zapytał jasnowłosy kierując się ku drzwiom.
- Po co pytasz. Przynieś. I co do jedzenia – odpowiedział odwracając się do kowadła – ale ten spiż marniutki. Trza mi własnego natopić. Miedź jest, cyna tu, cynku trocha gdzieś było. Nu i ołów – zgarnął sztaby i poniósł w kierunku pieca.

- No ile jeszcze będziemy tu siedzieć, Klem ? To już ósmy dzień, Athaclena była wyraźnie znudzona – z nudów zdechnę w tej stajni.
- Cicho bądź. Pamiętaj, że się nie znamy – wysoki, jasnowłosy mężczyzna o czujnych oczach i sumiastym wąsie odebrał z jej rąk wodze i dosiadł konia. Jasna skóra i włosy koloru dojrzałego zboża były typowo słowiańskie, jak i sylwetka niby przyrośnięta do siodła. Również arkan przy siodle, którym znakomicie umiał się posłużyć – rób jak się umówiliśmy – rzucił jej miedziaka jak zwyczajnemu koniuchowi i odjechał.
Tuż za bramą minął się z bogato odzianym rycerzem brytańskim rycerzem. Musiał on swój ród wywodzić od Celtów, bo włosy miał tak rude, że aż prawie czerwone. I oczy zielone jak wiosenna trawa. Siedział na pysznym wierzchowcu. Gniadej maści stepowy biegun przewyższał konie wszystkich z podążającego za nim pocztu, a było ich dobrze ponad tuzin. Tak muskulaturą jak i wzrostem. Na piersi rycerza widniał herb, sokół na szmaragdowym polu. Na ten widok z budynku stajni wybiegli dwaj pozostali stajenni, a i sam karczmarz pojawił się na podwórcu. Wielkiej tuszy i niemałego wzrostu sam odebrał wodze i przekazał stajennemu. Dostojnego gościa zaś poprowadził do izby.
W południe dnia następnego, półtorej stajania od karczmy, w lesie, siedziała przy ognisku trójka osób. Dziewczyna ze stajni przy karczmie, wysoki wąsacz i krępy brodacz z pergaminem na kolanach. Kończył on właśnie pisać drugi pergamin i pieczętował go starannie. Pieczęcią Mistrza zakonu Templariuszy, Gotarda de Bussey.
- No mała, masz. Tylko ostrożnie z tym – podał dziewczynie dwa listy.
- Nie mów do mnie mała – rzuciła w niego szyszką. Listy jednak starannie owinęła w chustkę i schowała za pazuchę.
- No już. Dajcie pokój – łagodny głos wysokiego mężczyzny nieco kontrastował z jego wzrostem i posturą. Kto przyjrzał się mu uważniej, widział, że jest raczej żylasty niż chudy – pamiętaj, dwanaście dni poczekaj i sprawę załatw. Potem ruszaj na Ritterburg.
- Eeee – skrzywiła się dziewczyna.
- Nikt ci nie każe z wizytą do Markgraf Hermenegilde von Meissner się pchać. – uśmiechnął się ledwo zauważalnie - Wiem, że frankońskiej stolicy nie lubisz. Po dwóch dniach, przy świątku przydrożnym wschód odbij i w karczmie, przy wjeździe do miasta nas znajdziesz. My tymczasem przygotujemy co potrza. I dbaj o siebie – w jego oczach błysnęło coś jakby troska.
Dziewczyna tylko prychnęła i wskoczyła na piaskowej barwy małopolana.
- Zanudzę się w tej stajni na śmierć przez was – dorzuciła oskarżycielskim tonem i tyle jej widzieli.

Czternaście dni później na podwórze karczmy zajechał cesarski goniec. Athaclena odetchnęła z ulgą i poszła do swojej izdebki. Wsunęła za pasek spódnicy na plecach dwa listy i poszła do kuchni skąd zabrała garniec wina. Podeszła do chłopaka, który czekał na zmianę konia. Po drodze rozchyliła dekolt. Na światło dzienne wychynął rowek między dwiema kształtnymi piersiami
- Z daleka jedziesz ? – uśmiechnęła się zalotnie. Na chłopaku jej egzotyczna uroda i uśmiech zrobiły niemałe wrażenie. Odruchowo poprawił przebiegający przez pierś pas od torby z listami i wyprostował się.
- Aha – nieco ochłonął po chwili.
- A dokąd ? – podeszła tak blisko, że garniec oparty o jej brzuch dotknął jego ciała. Chłopak wpatrzony w jej dekolt z trudem odpowiedział.
- Do Ritterburga.
- To pewnie ci się pić chce – to pytanie wraz z garncem podsuniętym pod same oczy ogłupiły go dokumentnie. Posłusznie wziął naczynie i zaczął pić odchylając głowę. Dziewczyna tymczasem przytuliła się do jego piersi, obejmując go rękoma i mówiąc
- Tak bym chciała żeby mnie ktoś stąd zabrał do stolicy. Proszę zabierz mnie – mówiąc to, ukradkiem wsunęła do jego torby dwa listy wyciągnięte zza pleców. Goniec zamarł. Po chwili zdołał tylko wydukać.
- Ale ja nie mogę. Służba
- Aha – odsunęła się od niego – nie, to nie – dodała tonem głębokiego zawodu i odeszła do karczmy, zabrawszy z jego rąk garniec.

Kilka dni później, proboszcz i burmistrz sporego miasteczka odpieczętowywali bardzo podobnej treści pisma. Zawiadamiały one o zbrodni i zuchwalstwie wręcz nieopisanym.
„... nakazuje się baczenie na podróżnych dać, wypatrując rycerza z pocztem co się Joruunem Karlssonem mieni i sokoła na szmaragdowym polu na piersi nosi. Podejrzanym on jest o kradzież zuchwałą relikwii, to jest Młotka i Rylca Szafarzowych, po ubiciu sług bożych w katedrze noworzymskiej. Mniema się, iż do magowych i heretyckich celów użyć ich chce. Zoczonych poleca się nie zatrzymywać, jeno najbliższą siedzibę Świętej Inkwizycji uwiadomić lubo też Komandorię Zakonu Templariuszy. Komu Kościół odzyskanie świętości zawdzięczać będzie, temu denarów moc wypłaci ... „
Obaj, niemal równocześnie przypomnieli sobie, że takowy właśnie rycerz przez ich miasteczko przejeżdżał i poderwali się, by pióro i pergamin pochwycić. Uradzili co prędzej, że rano gońca wyślą do oddalonej o kilka dni drogi komandorii zakonu. Następnego dnia jednak, o świcie, nim posłaniec w drogę ruszył przed plebanię zajechali goście niespodziewani. Na sporządzonych z dwóch drągów i między dwoma końmi zawieszonych spoczywał człek słusznego wzrostu. Blady, jakby w chorobie. Tuż przy nim jechała dziewczyna. Natychmiast domyślano się w nich krewnych, bo oboje identycznego, marchewkowego koloru mieli włosy. Z nimi jechał niewysoki, a pękaty człeczyna, który ledwo z konia zsiadł już polecenia wydawać zaczął.
- Duchem mi jegomości Hilisa do izby. Okna przysłonić okiennicami ale żeby powietrze było. Wody zagotować. Kurę ubić i rosołu nagotować. Ruszać się obiboki.
- A co tu się dzieje – proboszcz wyszedł na podwórzec ciekaw któż to się tak szarogęsi w jego królestwie.
- Witajcie ojcze – gadatliwy człek przywitał się z szacunkiem – jam jest cyrulik i medyk Notger Meieruth. Opiekuję się w drodze panem Hilisem Erunster i córką jego Colleen. Jemu już jednak chyba nie medyk potrzebny, a duchowna osoba. Dlategośmy zajechali do waszej wielebności.
- No dobrze – proboszcz wydał się być cokolwiek oszołomiony – wnoście, wnoście – popędził służbę.
Tegoż wieczora, medyk poprosił proboszcza do komnaty, w której leżał umierający Hilis Erunster. Ledwo dwie świece rozpraszały nieco mrok w izbie. Przy łóżku siedziała z opuszczoną głową dziewczyna i trzymała leżącego za rękę. Co pewien czas szlochała cichutko. Duchowny odmówił modlitwę i przygotował umierającego na drogę. Przeszkadzał mu nieco zapach zgnilizny wydobywający się spod opatrunku opasującego trzewia leżącego. Po czym niespodziewanie odezwał się medyk.
- Jest sprawa jeszcze jedna, delikatności wielkiej – proboszcz spojrzał na niego i skinął głową gotów rzeczy wysłuchać – pan Hilis właścicielem majątku jest i stadniny na północ o dni drogi dziesięć. Dnia pewnego zajechał w jego włości rycerz z pocztem. Konie chcieli wymienić, a zdrożone mieli bardzo. Dziwnie jakoś spieszyło im się. Pan Hilis, że człek jest ostrożny, a prawości wielkiej, posłańca do władz pchnął. A zmiany koni odmówił. Wtedy ony rycerz ze swymi oręża dobyli. Że czeladź nasza liczna, a w boju wprawiona, pan Hilis nadto wojennik znamienity, to i napastnicy pobici zostali do ostatniego. Niestety ranę biedakowi zadali, która się jątrzyć poczęła. Pan Hilis chciał jechać do Nowego Rzymu, tam bowiem medykowi są najznamienitsi. Niestety, nie zdążymy jak się okazało. Prosim tedy, byście ojcze, kiedy już się biedakowi zemrze, ludzi dali by ciało pana Hilisa do dom zawieźć. Panna Colleen bowiem musi ze mną do stolicy się udać.
- A jakiego herbu rycerz ów był – coś tknęło proboszcza
- Sokół w szmaragdowym polu – odpowiedział bez chwili namysłu medyk, a pytającego zaś aż zatchnęło.
- A nie miał on ze sobą czego ... cennego ? – zapytał po chwili bardzo powoli i jakby ostrożnie.
- A czemuż to ojcze pytacie - medyk zesztywniał, a ranny obrócił głowę z wyraźnym wysiłkiem. Zakasłał głos chcąc z siebie wydobyć, po czym skinął na medyka. Ten podszedł i ucho nieomal do ust jego przyłożył. Chwilę dłuższą szeptem rozmawiali.
- Ano przeczytajcie to, panie Notger – duchowny podał list z kieszeni dobyty. Po lekturze i kolejnej z umierającym naradzie, medyk powrócił do proboszcza.
- Pan Hilis jegomości ufa, tedy spójrzcie tutaj – rozwinął kawałek krwistoczerwonej tkaniny i oczom duchownego ukazały się Młotek i Rylec. Ów rymnął na kolana i nieśmiało dotknął relikwii. Usta jego poruszyły się w niemej modlitwie.
- Ciepłe – szepnął zdumiony – prawda to, że płomień, co Szafarza spopielił w Jego Narzędziach płonie.
- ... a gdy one ze szczętem ostygną, zagłada na świat spłynie ponowna i nikogo nie oszczędzi – dokończył słowami Kodexu Notger. Po dłuższej dopiero chwili duchowny opanował wzruszenie.
- Tedy do Nowego Rzymu wam droga.
- Nijak komuś sprawę takiej wagi powierzyć – przytaknął krępy medyk.

Następnego ranka proboszcz z burmistrzem zastukali delikatnie do drzwi izby, z której dobiegał głośny płacz. Wyszedł do nich brodacz, za sobą drzwi domykając.
- Niestety, pan Hilis tej nocy oddał Bogu zacnego ducha i córkę swą osierocił – westchnął ze smutkiem.
- Zaopiekuj się Szafarzu człekiem dobrym i do Pana prowadź – słowa modlitwy odruchowo wypowiedział ksiądz.
- Ale my propozycję mamy – wtrącił się burmistrz – bo pewno byście woleli do domu wrócić niźli w podróż jechać. Bo i drogi nie całkiem bezpieczne, a i nagroda do odebrania dopiero we stolicy.
- Prawda – kiwnięcie głową zachęciło burmistrza do kontynuacji.
- Bo my was możemy w podróży wyręczyć – te słowa przywołały podejrzliwość na twarz Notgera, co burmistrz natychmiast dostrzegł – Szafarzu uchowaj byśmy chcieli sierotę ukrzywdzić, mamy w kasie miasta pięćdziesiąt tysięcy denarów. Te weźcie i z ciałem zmarłego do dom wracajcie. A my z czeladzią świętości do stolicy powieziemy.
- Trzeba mi z panną Colleen pomówić.
Przed południem jeszcze dwójka już tylko gości z ciałem ruszyła w drogę powrotną.

- O Świętowicie, myślałem, że zdechnę z tego smrodu – Klemens Kuczyna, zwany przez przyjaciół Klemem, parskał zanurzony po szyję w stawie. Jego włosy odzyskały już jasny kolor. Również siedząca przy ognisku Athaclena miała swój własny kolor włosów, prawie biały.
- Nie marudź – mruknął fałszywy medyk, macając się co chwila po ogolonej brodzie – farba do włosów trochę pachnie, w izbie mus czym zamaskować. Ważne, że się udało.
- To dokąd teraz ? – dziewczyna odwróciła się od ogniska z pytaniem.
- Daleko stąd. Naprawdę daleko. Masz jeszcze jakieś młotki i rylce, Gurni? – Klem wyłaził powoli z wody ku ognisku gdzie piekła się kolacja.
- Ano, cosik się znajdzie – mrugnął do nich wesoło kowal, snycerz i sam Szafarz wie kto jeszcze, były brodacz.
- Szkoda, że nie ukradliśmy jednak prawdziwych – westchnęła dziewczyna, obracając rożno.
- Nie bądź zbyt chciwa – mruknął prawie suchy Klem – zaraz miałabyś templariuszy na karku. Poczynając od Mistrza przez Seneszali i Komturów do Rycerzy i Bracia Zakonnych a na Nowicjuszach kończąc. Że o takim drobiazgu jak Święta Inkwizycja nie wspomnę. A ci dwaj chciwcy, jak się zorientują, co i jak, to może i w sekrecie rzecz utrzymają. Żeby się wstydu nie najeść – wzruszył ramionami - dla nas, im ciszej tym lepiej.

Autor: Campari