|
|
"(...)Nawet bohatera może spotkać nieszczęśliwy wypadek."
Wszystko się zaczęło od wielkiej mobilizacji w 1160. Nazwa Brienna była na ustach wszystkich więc Cesarz postanowił wykorzystać sukces Templariuszy. Pod cesarskie sztandary garnęły się tysiące ludzi spragnionych chwały, sławy i bogactwa, a wszystko w imię Boga.
Ja też się zaciągnąłem. Było nas blisko osiemdziesięciu, włóczęgów, najmitów, bezdomnych... Wszyscy jednak ulegliśmy zbiorowej radości, wszyscy mieliśmy jakąś broń i chcieliśmy aby o nas też kiedyś śpiewano...
* * * *
- Panie... Przybyła duża grupa najemników, pragną wziąć udział w wyprawie na południe.
- No to na co czekasz, Paul? Przyślij mi ich przywódcę.
- Obawiam się, że nie posiadają przywódcy. Są zupełnie niezorganizowani, nie wiem czy posiadają jakąkolwiek wartość bojową, panie generale.
- Hmm... Weź tego, który wygląda na najbystrzejszego, albo najbardziej bezczelnego i przyślij do mnie. W polu będą potrzebowali przywódcy tak czy siak.
- Tak jest, panie generale.
* * * *
I tak to wszystko się zaczęło. Adiutant generała wyszedł przed namiot, rozejrzał się i wskazując na mnie kazał iść za sobą. Wtedy czułem z tego powodu dumę.
- Stań na baczność, rozmawiasz z generałem – usłyszałem pełen dezaprobaty szept przy uchu. Wyprostowałem się jak mogłem, wypiąłem pierś.
- Jak cię zwą? – zapytał generał, nawet nie spoglądając na mnie znad papierów, piętrzących się na jego stole.
- Jean.
- ‘Jean’ i co dalej? – tym razem generał podniósł na mnie wzrok.
- Po prostu, Jean.
- Hmm.... Właściwie to co za różnica... Powiedz no, Jean, ty i ta twoja grupka... walczyliście kiedyś?
- Nie...
- ‘Nie, panie generale’ – usłyszałem ponownie szept za uchem.
- Nie, panie generale. Nigdy dotąd nie walczyliśmy. Właściwie to nie jest moja grupka, nie mamy...
- Dobrze, dobrze. Jeśli chcecie ruszyć na Maurów potrzebujecie jakiegoś przywódcy. Jeśli dotąd sami go nie wybraliście, to ja mianuję cię nim teraz. – powiedział generał, po czym wstał zza biurka i powolnym krokiem zbliżył się do mnie. – Posłuchaj. Ta radosna histeria spędza do mojego obozu setki takich jak wy. Z rozkazu Jego Wysokości Cesarza mam was wszystkich przyjmować w skład armii. Ja w tym nie widzę sensu, bo uważam, że bardziej nam będziecie przeszkadzać. Mimo to – i to jest coś czego ty przede wszystkim musisz się nauczyć – rozkaz to rozkaz. A teraz zbierz tę swoją bandę i ulokuj gdzieś w obozie.
* * * *
Minęło kilka tygodni. Dostawaliśmy jedzenie i wodę, a więc dla wielu z nas, coś czego nie widzieliśmy od dawna. Razem z innymi, podobnymi nam, grupkami regularnie ćwiczyliśmy musztrę na dużym placu za obozem. Przez cały ten czas nie dostaliśmy jednak do rąk prawdziwej broni...
A potem, nagle, w obozie zawrzało. Nagle musieliśmy się błyskawicznie zwijać, nagle dostaliśmy miecze i tarcze, nagle musieliśmy się zgrupować w odpowiednim miejscu kolumny marszowej... Krzyczałem wyuczone komendy do moich ludzi i cały czas czułem się jak we śnie. Nie mogłem się oswoić z myślą, że ruszamy do boju i że już niedługo będę prawdziwym dowódcą oddziału podczas bitwy...
* * * *
- Dziś jest wielki dzień!
To generał. Jeździł wzdłuż szeregu swojej armii i wykrzykiwał piękne słowa. Że jesteśmy prawdziwymi Bożymi Wojownikami. Że wolą naszych Przodków właśnie my znaleźliśmy się tutaj i teraz, że...
- ... tam, na tych wzgórzach przed wami, stoją plugawi Maurowie! Ich skalane dusze i brudne serca są obrazą dla naszych Przodków! Naszym świętym obowiązkiem jest stanąć przeciw nim, uderzyć w nich i zmiażdżyć ich heretyckie głowy! I dokonamy tego! Dokonamy tego, bo taka jest wola Przodków! My jesteśmy nosicielami Świętej Wiary i poniesiemy ją nie tylko tutaj, ale i jeszcze dalej, na południe! Guadalajara jest tylko przystankiem! Naszym celem jest przeklęta twierdza Madżrid! Będziemy...
... bili się i umierali... walczyli do ostatniej kropli krwi... nasza wiara nas wspomoże... Boże! Jak on wtedy pięknie mówił! Poszlibyśmy za nim w ogień! Nagle to mrowie Maurów na wzgórzach przestało wyglądać groźnie, wierzyliśmy, że sobie poradzimy.
Bo taka jest wola Przodków.
Bo z nami jest Święta Wiara.
A gdy generał skończył mówić, gdy wrócił do swojego oddziału, Maurowie zaatakowali.
* * * *
I nagle nastał chaos...
- Nie damy rady... Popatrzcie na nich! Przecież człowiek nie może tak szybko biec, to demony!
- Wyszli z najgłębszych czeluści piekielnych by nas pożreć... To nie ludzie! Zginiemy!
- Cicho tam! Miecze w garść, tarcze na ramię!
Mój krzyk brzmiał żałośnie, zupełnie nie tak jak na musztrze. Zamiast dumnego wrzasku, z mojego gardła wydobył się ledwie skrzek. Nawet nie wiem czy oddział mnie usłyszał.
A potem przyszła salwa strzał.
Ktoś upadł, ktoś zaczął wrzeszczeć, ktoś szlochać... Nagle do wszystkich dotarło, że słowa generała to tylko słowa, że bitwa to przede wszystkim ból i cierpienie.
I nikt nie chciał umierać.
* * * *
- Utrzymać pozycję! Stać! Gdzie biegniecie!?
Nie słuchali mnie. Mimo tego, że krzyczałem (a może tak mi się zdawało?). Mimo tego, że szarpałem ich za ramiona (a może przepychałem się przez tłum?). Mimo tego, że jakiegoś niesubordynowanego skurwysyna przebiłem mieczem....
... a może on mi chciał zagrodzić drogę?
* * * *
- Od momentu wejścia do namiotu masz iść pochylony w głębokim ukłonie. Nie wolno Ci patrzeć w twarz Jego Wysokości, bo zostanie to uznane za bezczelność. Nie wolno Ci nie patrzeć w kierunku Jego Wysokości, bo zostanie uznane to za ignorowanie Go. Patrz na jego buty. I jak tylko się zatrzymasz... Gdzie się zatrzymasz?
- W połowie odległości między Cesarzem a wejściem...
- Bardzo dobrze. Jak tylko się zatrzymasz masz paść na kolana. Oto jesteśmy. Pamiętaj o tym, co ci mówiłem. Po tym co zrobiłeś sama twoja obecność będzie irytowała Jego Wysokość, więc jesteś o włos od powieszenia.
- Powieszenia?
- Oczywiście, że powieszenia, czego się spodziewałeś? Jesteś chłopem, czyż nie? Wchodź.
* * * *
- Popatrz, a teraz radzi sobie całkiem nieźle. Szkoda, że podczas bitwy nie trzymał się wytycznych tak dobrze... Jesteś Jean, tak? Posłuchaj więc, Jean. Powinienem cię kazać natychmiast powiesić. Ciebie i całą tę twoją bandę. To co zrobiliście mogło się skończyć całkowitą katastrofą! Do twojego ciemnego łba nawet nie dociera skala takiej klęski! Zaraz za twoją bandą ruszyły inne, podobne. Widząc, że wy się wycofujecie, uciekać zaczęły regimenty wojskowe! Ale widocznie Praojciec czuwał nad nami i pobłogosławił swą łaską Templariuszy, którzy uratowali sytuację...
Powinienem kazać cię powiesić, ale Cesarstwo nie potrzebuje polowych egzekucji i wielkich klęsk. Potrzebuje bohaterów i wielkich zwycięstw. Ludzie kupią wszystko, jeśli tylko odpowiednio im się to przedstawi... Dlatego bitwa pod Guadalajara będzie odtąd znana z wielkiego zwycięstwa Cesarstwa. Z popisu zmysłu taktycznego generała, który nakazał wykonać udawany odwrót, by następnie zgnieść Maurów w kleszczach kawalerii Templariuszy i cesarskiej piechoty. Z doskonałego wykonania tego odwrotu pod twoją wodzą. Tak jest, drogi Jean. Będziesz bohaterem. Dostaniesz tytuł! Może nawet dam ci trochę ziemi? Wymyśliłem już dla ciebie nazwisko, będzie pasowało jak ulał. Jean du Coeur de Lièvre. Jak ci się podoba? Pamiętaj jednak o jednym, Królicze Serce...
Nawet bohatera może spotkać nieszczęśliwy wypadek.
Autor: Alaknar

