|
|
Jastrzębiec
Po kilku długich dniach podróży wzdłuż wybrzeża, dotarłem wreszcie do portu frankijsko-słowiańskiego, który wybudowany został w 1119 r. jako jeden z licznych gestów zamazania dawnych krzywd i urazów ze strony obu nacji. Port, usytuowany w połowie drogi od Ritterburga do Jastrzębca, stanowiący przystań łączącą Nowy Rzym z kontynentem, stał się niepisanym punktem granicznym. Mieszany styl kamienno-drewnianego budownictwa oraz doskonałe wyposażenie do żeglugi, przeładunku statków i rybołówstwa nadają temu miejscu niezwykle ważną rolę.
Po kilku godzinach wędrówki w kierunku południowo-wschodnim dotarłem do zakonu Dobrytek. To tutaj od 164 roku, na mocy postanowienia ówczesnego szafarza Juliusza I, niewiasty mogły pielęgnować cnoty czystości, pobożności i ubóstwa, modląc się i szerząc Ardeizm jako osobny trzon wywodzący się z zakonu Dobrytów. Surowość kamiennej zabudowy łagodził widok kwitnącej roślinności, tak starannie pielęgnowanej przez Siostry. Nie chcąc jednak zakłócać spokoju tegoż miejsca i przeszkadzać w codziennych czynnościach, ruszyłem dalej.
Po zachodzie słońca zawitałem u bram Braci Dobrych w Niwiołach, opactwie otoczonym wzgórzami i kamiennym murem. Zostałem przywitany przez brata Jeremiego, dobrze zbudowanego blondyna średniego wzrostu. Podczas krótkiej z nim rozmowy wyczułem ostrożność w kontakcie z obcymi, tak charakterystyczną dla słowiańskiego ludu . Za jego zgodą zostałem wprowadzony na teren opactwa, gdzie mym oczom ukazało się kilka budynków gospodarczych, niewielka zagroda dla trzody, małe urodzajne poletko oraz wspaniały, otoczony murem ogród - miejsce kontemplacji i modlitewnego skupienia na łonie natury. W świetle palących się pochodni ujrzałem olbrzymią kamienno-drewnianą zabudowę, tworzącą główną część opactwa. Ze środka kaplicy słychać już było niski głos chóru zakonnego rozpoczynający liturgię wieczorną. Przez schludną i bardzo skromną jadalnię dostałem się na piętro, gdzie mieścił się maleńki pokój, w którym miałem przenocować. Poproszono mnie, abym posiłek zjadł w osamotnieniu, by nie rozpraszać swą obecnością innych zakonników.
Już przed świtem obudził mnie dźwięk uderzającego rytmicznie potężnego dzwonu - znak rozpoczęcia porannego nabożeństwa i dnia pracy Dobrytów. Podczas gdy oni modlili się w kaplicy, ja według wcześniejszych planów opuściłem pokój i udałem się do miasta oddalonego o godzinę drogi na południowy-wschód.
Po mniej więcej takim czasie dotarłem do właściwego celu mojej podróży – do Jastrzębca. Osada usytuowana jest na całej szerokości wybrzeża, od gór aż po wodę, zabezpieczona silną, drewnianą, palisadą, uważaną za pozostałość po pogańskim budownictwie oraz otoczona ukrytymi wśród pobliskich kniei strażnicami. Jako że Słowianie nieszczególnie lubują się w morskich potyczkach i podróżach, nie ma tam portu, a od strony wody mieszkańców chroni palisada i wieże obserwacyjne.

Do miasta prowadzą dwie główne bramy – północna i południowa, czujnie strzeżone przez wojów kniazia. Minąwszy drwali pracujących w lesie okalającym Jastrzębiec, dotarłem do północnej bramy. Strażnicy dowiedziawszy się, iż przybywam z Ritterburga, niechętnie wpuścili mnie do środka i jeszcze długi czas czułem na sobie ich wzrok. Dawne urazy tych dwóch nacji są wciąż żywe, a ostrożność Słowian słusznie daje im miano wschodnich strażników Cesarstwa, którego są częścią już od 150 roku.
Zaraz po minięciu bramy mym oczom ukazał się iście niecodzienny widok słowiańskiej zagrody, pełnej silnych i krzepkich koni, z których naród słowiański słynie już od setek lat. Młody, wysoki i szczupły chłopak o kręconych, brązowych włosach, sięgających ramion, zwany Izborem Gębą, zajmował się właśnie karmieniem i doglądaniem wierzchowców. Doprawdy, w żadnym miejscu, nawet na terenie królewskich stadnin, nie widziałem jeszcze tak wspaniałych koni jak tu. Nic dziwnego, że przed lekką jazdą słowiańską drżą nawet ciężkozbrojni piechurzy i jazda frankijska!
Idąc w stronę centrum osady, minąłem liczne posiadłości i domostwa, wszystkie schludne i zadbane, o wyraźnym charakterze rolniczym i charakterystycznej budowie zrębowej, słupowej tudzież plecionkowej. Minąłem po drodze dwóch górników udających się w stronę kopalni, mieszczącej się w obrębie osady z wejściem na zboczu góry. Miasto tętniło pełnią życia, a mnogość zajęć jej mieszkańców wskazywała na to, jak prężne gospodarczo i ekonomicznie jest to miejsce.
W karczmie panował już poranny ruch. Z zamyślenia wyrwał mnie ciepły i wesoły głos pulchnej, przyjaznej kobiety w średnim wieku. Była to Biecława z Kwiecieńca, właścicielka karczmy. Poprosiłem, aby towarzyszyła mi przy jedzeniu. Opowiadała o mieście i ludziach je zamieszkujących, o obyczajach i świętach. Ku mojemu zdziwieniu, opowiedziała nawet o panujących tu nastrojach, o kniaziowej małżonce – Radomile, cieszącej się wielkim szacunkiem, wręcz uwielbieniem ze strony tłumów, lecz pogardzanej przez wielmożów, szydzących z jej chłopskiego pochodzenia, braków w wykształceniu oraz nikłej znajomości dworskiej etykiety.
Posilony i ugoszczony zgodnie ze słowiańską tradycją opuściłem karczemne kąty.

W środku osady znajdował się najwyższy i najpotężniejszy budynek ze wszystkich. Była to siedziba kniazia Mieszka II Jawora i jego małżonki Radomiły z Bigucewa. Strażnicy z nieufnością przyglądali się mojej osobie, natomiast ja z zainteresowaniem obserwowałem przebieg porannej musztry drużyny kniazia, prowadzonej przez Onufrego syna Budzsława, głównodowodzącego siłami słowiańskimi oraz dowódcę konnicy zarazem. Ten potężnie zbudowany człowiek, mimo swego sędziwego wieku, jest żywym dowodem na to, że aż do lat starczych Słowianie są ludem wytrwałym i czujnym.
.jpg)
Pod wieczór wyruszyłem na tereny położone na południe od Jastrzębca, gdzie znajdowały się liczne gospodarstwa rolnicze oraz spichlerze, z których Słowianie słyną w całym Cesarstwie. Moją uwagę zwróciły głównie dwie budowle. Pierwszą z nich był potężny młyn, drugim zaś ogromny spichlerz, zdolny przechować więcej pożywienia, aniżeli cały Jastrzębiec zdołałby pochłonąć przez tygodnie głodu i nieurodzaju. Sami Słowianie mawiają, iż gdyby nie oni, narody zachodnie dawno już spotkałaby śmierć głodowa.
Patrząc na rolniczą potęgę tej nacji, prawdziwe w mych oczach zdało się powiedzenie, iż kraj słowiański stanowi spichlerz całego Cesarstwa.
(Fragment 'dziennika z podróży' autorstwa: Bryta Colhin'a)
Autor: Redrack
Korekta: Kaedlin

