|
|
Jak kapłan Malina maga przechytrzył
Jeśli od Jastrzębca w stronę gór będziecie podążać traktem cesarskim, nigdzie po drodze nie zbaczając, pewnym jest, że traficie na osadę Gwizdy zwaną. Osada to bogata, choć niewielka, od niepamiętnych czasów żyjąca z warzenia piwa. Rzecz wam mogę bez przesady, że piwo to jak ambrozja sama smakuje, i pewniakiem na dworze cesarskim je pijają, zacny trunek ten bowiem krew wspaniale oczyszcza, fantazji dodaje, a są tacy, co utrzymują, że nawet siły męskie nadwątlone przywraca. Prócz piwa, osada w okolicy i czym innym słynie: pokazują nieraz mieszkańcy na okolicznym wzgórzu skałę, jak postać w płaszczu wyglądającą, a powiadają, iż to w kamień mag pewien obmierzły zaklęty, co okolicy zgubę szykował, lecz na dudka został wystrychnięty przez miejscowego klechę. Inny też mają zwyczaj tamtejsi gospodarze, gdy na dworze mróz tęgi, a wiatr, na skałach dując, niby człowiek gwiżdże. Wylewają wtedy część złocistego trunku z kufla na ziemię, gadając przy tym: „Oby Chmieloszek spał”. Lecz, wierzcie lub nie, herezji w tym żadnej nie ma, a każdy wioski mieszkaniec o zwyczaj tak osobliwy zapytany, taką historię wam opowie:
„Działo się to dawno, dawno temu, tuż po Kataklizmie. Świat natenczas dziki był jeszcze i ludziom nieprzyjazny, a tałatajstwa różnego zatrzęsienie po lasach się chowało, ludziom życie uprzykrzając. Takoż magowie, heretycy i ludzie źli, miecza Inkwizycji jeszcze nad sobą nie czując, hardo sobie poczynali, utrapienie niosąc i trud ludzki niwecząc. Kolonię budowano dopiero, nazwy jeszcze nie miała nawet. Ot, kilka chat naprędce postawionych, młyn i browar, który chlubą był osady. Ludek tam pomieszkiwał robotny i bogobojny, lecz butny i niechętnie kark pod jakąkolwiek zwierzchnością zginający. Niemal wszyscy wokół browaru pracowali: jedni chmiel i jęczmień hodowali, inni drzewa na opał w lesie ścinali, inni jeszcze na kadzie mieli baczenie. W wiosce, na owieczki Boże mając baczenie, kapłan Ardeizmu mieszkał takoż, przez szatę czerwoną (a może nos wydatny), Maliną zwany. Człek to był już w leciach posunięty nieco, siwiutki jak gołąbek, lecz żwawy i obrotny, mimo swego wieku. Łagodny ponadto i wyrozumiały, nie gnębił swej trzódki zbytnio, a przeciwnie, doradzał i pomagał zawsze, jeśli go o to proszono. A że, jak rzekłem, czasy niespokojne były, Malina głownie świętymi słowy przepędzał różnorakie złe moce, chochliki, upiory i pomniejsze demony, które nieraz wioskę odwiedzały. Szczególnie uparty był jeden z nich, Chmieloszkiem przez miejscowych zwany. Drobny to był demon, jakowyś pomniejszy bękart Czeluści, który zgoła piekielna namiętnością do złocistego trunku zapłonął. Ilekroć go klecha przepędzał, ten jak utrapienie wracał, miłość bowiem do piwa silniejsza okazywała się u niego niż wspomnie razów i egzorcyzmów. A szkody czynił okropne: wiecznie spragniony, rozbijał beczki, by do trunku się dobrać, piwowarów straszył, słód bełtał, słowem utrapieniem bywał nielichym, i myśl, jak się szkodnika raz na zawsze pozbyć, nieraz zaprzątała głowę dobrego kapłana.
Wkrótce jednak prawdziwie czarne chmury nad osadą zawisły – w okolicę, z rzadko przez Flamistów odwiedzaną, sprowadził się mag, plugawy heretycki pomiot, i z miejsca zaczął ludziom bruździć. Otwarcie osady zaatakować nie mógł, broniły jej bowiem modlitwy kapłana, jął więc nasyłać na ludzi różnorakie straszydła, ziemię wokół wioski zatruwać, plony wyniszczać, słowem to wyczyniać, co tylko magowie potrafią na szkodę ludzi bogobojnych czynić. W wiosce bezpiecznie było, jeno strach było ja opuszczać, poczwary przez maga nasłane kliku już poszarpały okrutnie. Niechętnie, co prawda, lecz w końcu posłano po pomoc do najbliższej kwatery Templariuszy, ci jednak, jak na maga poszli, tak nie wrócili, ludność miejscowa do dziś pokazuje w tamtej okolicy żaby niezwykłej wielkości, na grzbietach mające znaki do złudzenia takie same, jak na płaszczach Templariusze zwykle noszą...Na domiar złego w browarze znów zamieszkał Chmieloszek, a tak sprytnie się ukrył, że nijak nie można było demona znaleźć i wykurzyć.
Takie to były problemy właśnie, i nad nimi dumał kapłan Malina podczas samotnej przechadzki po lesie. Ludzie o radę go poprosili, a rzekli jeszcze, że jak i on nic zdziałać nie zdoła, osadę porzucić trzeba będzie niechybnie, żyć bowiem w takich warunkach nie idzie: nie dość, że z magiem - heretykiem u boku, to jeszcze bez piwa, co dodatkowej goryczy losowi nadawało. I tak po lesie chodząc i myśląc, nagle Malina na ścieżce ujrzał czarnego jak noc lelka, który mu się urągliwie przypatrywał, dziób obscenicznie szczerząc. „Tuś mi bratku!” - pomyślał kapłan, rozpoznając w stworzeniu siłę nieczystą. Raz – dwa modlitwę zmówił, znak ankh przenajświętszego uczynił i naraz jak nie huknie, jak dym z lelka nie strzeli! Przetarł Malina oczy, kichnął potężnie, swądem z Czeluści otumaniony, zerka, a ty na ścieżce, miast ptaka, człek stoi, wypisz wymaluj podobny ptaszydłu. Poznał klecha od razu, że z magiem ma do czynienia, jął się tedy rozglądać jak by tu czmychnąć rozsądnie, lecz nagle heretyk plugawy w te słowa się odezwał: „Czekajcie, czekajcie! Krzywdy wam żadnej nie uczynię...choć bym zechciał nawet. Moc Boga waszego silniejsza...” - tu zębami okrutnie zgrzytnął, i tak dalej prawi: „Widzicie kapłanie, żeśmy obaj tkwimy w impasie...ja wioski zgładzić nie mogę, wy zaś mnie...tedy pakt Ci proponuję: oddam Ci część swej mocy, ty zaś Boga swojego się wyrzeknij, a ludzi precz ostaw...obaj zyskamy: Ty potęgę, ja nowe ofiary dla nienasyconej Czeluści..”. Wzdrygnął się Malina, słowa tak bluźniercze słysząc, lecz, człekiem będąc obrotnym co się zowie, jął przemyśliwać, jak tu z opresji wybrnąć i złe na dobre obrócić. Rzecz całą w umyśle rozważył i rzekł tak, maga podpuszczając: „Hmm..kuszące jest to co powiadasz..lecz wpierw moc Twoją ujrzeć muszę, by wiedzieć, czy skórka wyprawki warta...za dwie noce się na wzgórzu spotkamy, moc mi swoją objawisz..”- „Zgoda” - na to zakrzyknął heretyk, i znów postać swą odmieniwszy, w powietrze lelkiem wzleciał. Malina zaś, pod nosem uśmiechnąwszy się tajemniczo, w te pędy do wioski pobieżał.
Na miejsce dotarłszy, ludzi zwołał i ją im polecenia spiesznie wydawać. Pukali się co poniektórzy w czoła (dyskretnie, by kapłana nie urazić), lecz w radach klechy jedyną upatrując nadzieję, rychło do roboty ruszyli. Nakazał tedy Malina sporządzić dwie solidne beczki, jedną metalowa, mniejszą, drugą drewnianą, większą, i jedną w drugą wsadzić. Za czym kazał jeszcze rurkę uczynić metalową, długą, a cienką, a przez szpunt beczek na zewnątrz ją kazał wyprowadzić. Jak już gotowe było wszystko, w piwnicy browaru beczki postawiono, a do mniejszej, przez ową rurkę, piwa do połowy nalano, zielem nasennym przyprawiwszy obficie. Malina też nakazał, by drzwi piwnicy otwarte zostawić na noc, i straży żadnej nie stawiać.
Po czym , mimo że nagabywany, słowem ludziom nic ze swego planu nie zdradziwszy, udał się na spoczynek.
Jakież rano było ludzkie zdziwienie, gdy na dnie kadzi znaleźli chrapiącego beztrosko demona Chmieloszka. Najsamprzód obić chciano poczwarę, Malina jednak ludzi powstrzymał. Kazał jednak wieko mniejszej beczki dokładnie zaszpuntować, większa zaś beczkę, w której mała stała, woda napełnić i takoż denko zabić. I tak rzekł do ludzi: „Teraz śpi tam demon, ludzkie krzyki go nie zbudzą. Ale magia, ta i owszem zbudzić go może. Ukochał on jednak przyjemności życia mocniej niźli magiczne pęta, tedy dbajcie, by mu owych przyjemności nie zbrakło.” I tak rzekłszy, dodał, iż aby demona w beczce utrzymać, zlewać mu rurka należny nieco piwa, by pragnienie potworka zaspokoić. Zżymali się ludzie i utyskiwali, ze sami teraz szkodnika utrapionego karmić mają, zaufali jednak słowom kapłana, i jak żądał, tak czynili.
Malina zaś, gdy kolejna noc nadeszła, stawił się na wzgórzu, jako magowi zapowiedział. Heretyk już czekał, ufny w swe moce, pewien, że klechę już na swoje przekabacił. I tak rzekł: „Witam mości kapłana! Cóż, potęgę magii obaczyć chcecie? Mówcie, co wam na myśl przyjdzie!”. Uśmiechnął się na to Malina i tak odpowiedział, pogardę udając: „Phi, panie magu. Słyszałem, że magia wasza to sztuki jeno tanie. Że wy sami się słuchać demonów musicie, nie zaś demony was..” - i widząc, że mag już na dobre się rozeźlił, dorzucił: „O zakład idę, że nie potraficie wszystkim tym poczwarom rozkazać, by okolicę opuściły”. Roześmiał się heretyk i tak odrzekł hardymi słowy, ufając swej potędze: „Ha, kapłanie! Za dużo żeście się bajań bab starych nasłuchali! Zobacz jakąż to mam władzę nad demonami! Gwizdnę jeno, a wszystkie, co do sztuki, co do najmniejszego licha, krainę tę opuszczą ” A widząc powątpiewającą minę kapłana, zaślepiony pychą, rzucił jeszcze: „I obym się w kamień przemienił, jeśli łżę!” Po czym, tajemną i plugawą formułę wyszeptawszy, palce złożył i gwizdnął potężnie. Cóż to był za gwizd! Z okien poleciały szyby, mleko skwaśniało natychmiast, a zewsząd zerwały się chmary ptactwa. I takoż wszelkie poczwary z okolicy, duże i małe, i nawet te całkiem niewielkie, porzuciły swe zajęcia plugawe rozrywki, niczym ciemna gradowa chmura znów do Czeluści wracając. Spokój znów zapanował w okolicy, mag zaś, jak stał na wzgórzu, tak skamieniał przysięgą swą związany: jeden bowiem demon, Chmieloszek, zamkniemy w dwóch beczkach w piwnicach browaru, po uszy same siedząc w najprzedniejszym słowiańskim piwie, ani myślał na magiczne wezwanie wracać...
Tak to kapłan Malina maga przechytrzył, potworów się pozbył, a wioskę ocalił...Powiadają jednak miejscowi, że skamieniały mag czasem znów gwizdnąć usiłuje, na darmo demona przywołując. I dlatego właśnie, gdy słychać w powietrzu stłumione gwizdy, od których wieś miano swe wzięła, leje się nieco piwa na ziemię, by beczka, w której na wieki wieków uwięziony został Chmieloszek, zawsze była pełna...”
Autor: Nycek

