Historia spotkania Kniazia Mieszka II Jawora z Radomiłą

Kap…Kap, kap, kap… Monotonię deszczowej pogody zaczynał odczuwać każdy. Skwaszone twrze, spowite szarością dnia, snuły się z wolna uliczkami osady, grzęznąc w kałużach błota.
Pomruki, utęskiwania, wzajemne uszczypliwości i to cholerne kap, kap, stwarzały atmosferę miejsca, które za chwilę przerodzi się w plac boju.
- Gdzież to biegnie?!
- Patrzaj jak łazisz, ofermo!!!
- Uświniła mnie błockiem, diabelskie nasienie!
Biegła. Biegła, ile sił w nogach i co tchu w piersiach. Przebierała nogami nie zwracając uwagi na mijanych ludzi, nie przejmując się kałużami rozchlapywanymi na wszystkie strony. Plusk… Plusk… Ktoś przeklął ją na czym świat stoi, ktoś inny, równie zirytowany zawiadamiał właśnie strażników. Gromadka dziatek, biorąc przykład z dziewczyny, rzuciła się w pogoń między sobą, roztupując wszystkie napotkane kałuże. Plusk… Kolejny krok… Plusk… Następny… Zaglądała do zagród, pod dyszle mijanych wozów. Przeszukiwała zaułki i wszelakie zarośla. Ze łzami w oczach i dłonią zaciśniętą na drewnianym wisiorku ( symbolu jedynej wiary) biegła dalej i dalej, zbliżając się do placu targowego.

Zatrzymała się, by choć na moment uspokoić oddech i drżące ze zmęczenia nogi. Przegubem drobnej dłoni otarła skronie zroszone kroplami deszczu i potu.
„Pomóż… przyjdź z pomocą… pomóż.” – błagała w myślach, kurczowo zaciskając palce na płomiennym ankhu. Uniosła nieco głowę, odgarniając z twarzy przyklejone doń pukle złocistych włosów. Powiodła wzrokiem po linii pobliskich dróżek, prowadzących i łączących się w we wspólnym punkcie – skrzyżowaniu kilku kramów. Targowiska od zawsze były miejscami hałaśliwymi i tłocznymi, niekiedy znacznie bardziej niż karczmy i gospody. Dziś jednak odnosiło się wrażenie, iż całe społeczeństwo Jastrzębca, począwszy od dzieciątek na rękach noszonych, skończywszy na starcach transportowanych wozami, zebrało się w tym jednym miejscu. Przekrzykiwania, chichot bawiących się dzieci, krzyki przekupniów, piski prosiąt pozamykanych w klatkach… Czuła, że wszystkie te odgłosy odbiera ze zdwojoną siłą. Czuła, jak każdy najdelikatniejszy dźwięk wdziera się do wnętrza jej czaszki, przysparzając o zawroty głowy. Syknęła, próbując odzyskać rześkość zmysłów i ostrość rozmywającego się spojrzenia. Przetarła dłońmi oczy i odpychając się od ściany domostwa, podążyła z wolna w kierunku tłumu. Krok za krokiem, coraz bliżej wrzeszczącego i kłębiącego się skupiska. Z trudem przecisnęła się między stłoczonymi ludźmi, przystając w pierwszym rzędzie. Niewiele się działo. Kilkoro dziatek biegało w tą i z powrotem, tłukąc się gałązkami, jak na młodocianych rycerzy przystało. Jakaś młoda kobieta skryła się pod zadaszeniem chałupy i przysiadając na kamieniu, zaczęła karmić noworodka. Jakiś silnie zbudowany mężczyzna, stojący po środku placu, próbował zaprowadzić porządek żywo gestykulując i wrzeszcząc ochrypłym już głosem. Wszyscy na coś, bądź kogoś czekali….

Niespodziewanie ktoś stojący w tyle krzyknął pełen przejęcia:
- Już nadjeżdżają!
Fala szeptów przetoczyła się przez tłum, poczym jak na komendę ucichła. Mężczyźni zamarli w bezruchu, kobiety łączyły dłonie w modlitewnym geście, dzieci posłusznie przystawały u stóp rodziców. Dziewczyna jako jedyna nie patrzyła w bok. Nie zwróciła uwagi na nadjeżdżający powóz i jego konną eskortę. Jej zmęczony wzrok przykuła soczysta, lśniąca czerwień jabłka, toczącego się po drugiej stronie placu pośród kupieckich kramów. Oblizała usta, czując jak głód ściska jej żołądek. Jabłko turlało się dalej, powoli zbliżając się ku głównej drodze. Swą drapieżną czerwienią ożywiało szarość deszczowego pejzażu. Przez chwile miała nawet wrażenie, iż pozostawia za sobą smugę, połyskującą barwą purpury. Tęskny wyraz jej delikatnego lica niespodziewanie jednak przeszył grymas przerażenia. Oto wśród beczek jednego z kramów ujrzała kilkuletniego zaledwie chłopca o kędzierzawej, złocistej grzywce, czołgającego się w kierunku kuszącego owocu. Nikł i znów pojawiał się wśród ogromnych skrzyń, szczerząc swoje bialutkie ząbki.
Poczuła jak nogi uginają się pod nią, jak jej ciało oblewają fale słabości, jak skórę na przemian przeszywa gorąco i chłód. Zerknęła w bok podążając za błogim spojrzeniem ludu. Zawyła z przerażenia widząc pędzący orszak kniazia. Dwa ogromne wierzchowce na przedzie prychały ze zmęczenia. Zerknęła przed siebie. Chłopiec czołgał się coraz szybciej, wyciągając maleńką dłoń ku jabłku. Jęknęła, tłumiąc w sobie paraliżujący strach…

Znów biegła. Ślizgając się na błotnistej ziemi biegła w kierunku dziecka, nie zważając na huk końskich podków tuż przy jej ciele. Kątem oka dojrzała dzikie ślepia wierzchowca, stającego dęba. Pochyliła się, chwyciła ramię chłopca i odepchnęła go z całej siły, wpadając wraz z nim w jedną z kałuż. Uniosła ramiona i skrzyżowała je nad głową, chcąc osłonić jego i siebie przed końskimi pęcinami. Wierzchowiec szarpnięty przez jeźdźca wykonał coś w rodzaju niepełnego obrotu, przystając zaledwie kilka stóp od skulonej dziewczyny i chłopca w jej ramionach.
Tłum zawył z przerażenia. Dzieci zaczęły szlochać, kobiety ze łzami w oczach skryły się w ramionach mężów.
- Uratowała go… - ktoś szepnął niepewnie.
- Uratowała tego chłopca! – ktoś inny, wyrwany z oszołomienia, wrzasnął na całe gardło.
Tłum zaczął wiwatować, klaskać, przekrzykiwać się wzajemnie. Wszystkie spojrzenia utkwiono w postaci odrętwiałej dziewczyny i zanoszącego się płaczem dziecka.
Jakiś mężczyzna wydostał się z szeregu i podbiegł do nich.
- Nic wam nie jest? – pochylił się i spojrzał w pobladłe lico dziewczęcia.
Jeden ze służących, zauważywszy skinięcie kniazia w powozie, podbiegł ku niemu nadstawiając ucha. Skinął swą posiwiałą głową i już po chwili dwóch innych służących zbliżyło się ku dziewczynie. Jeden z nich rozpostarł w dłoniach kniaziowy płaszcz, zdobiony zieloną krajką i owinął nim starannie ramiona bohaterki. Drugi pochylił się nad dzieckiem i podsunął ku niemu srebrną tacę wypełnioną po brzegi kolorowymi owocami.
- Jak brzmi twe imię? – zapytał młody chłopak na służbie u władcy , pomagając wstać dziewczynie.
- Radomiła, panie – głos niemal ugrzązł jej w gardle. Przystanęła na drżących nogach, chwytając za poły miękkiego, lśniącego zielenią płaszcza. Ukradkiem wtuliła weń zziębnięty, zachlapany błotem policzek.
Chłopczyk wyrwał się z ramion dziewczyny, doskakując do patery pełnej pyszności. Sok z gruszki pociekł mu kącikiem ust.
- Uratowałaś to dziecko – niski mężczyzna w skórzanej zbroi zeskoczył ze spokojnego już wierzchowca.
- To… to mój brat, panie…

Ten dzień na długo pozostał w pamięci mieszkańców Jastrzębca. Ale to dzień, który nastąpił dokładnie w miesiąc później stał się natchnieniem dla rzeszy bardów. Oto bowiem chłopka o włosach złotem lśniących, stanęła na ślubnym kobiercu, przysięgając wierność Jedynej Wierze, wierność swemu ludowi oraz wierność Kniaziowi Mieszkowi II Jaworowi.
Zadęto w trąby, uderzono w bębny, wzniesiono chorągwie.
Tego dnia słowiański lud zyskał matkę bliską jego sercu.

Ballada na cześć Radomiły.

Panienko o licu Jutrzenką kraszonym
O słowie dziewiczym kłamstwem nie skażonym
Z roli tyś nam jest zrodzoną
Dolą swych ojców doświadczoną
Tyś w kłosach dziewcze chowana
Od nocy aż po czas niebios świtania
Wśród plewów tyś żytem, tyś prosem
Naszą nadzieją i przyszłym chłopstwa losem
Ciebie oto przodkowie wybrali
Byś orszak kniazia ujrzała z oddali
Tyś dziecię i matka nasza
Ciebie o łaskę lud Twój uprasza

(W tydzień po tym, jak pieśń znalazła się na ustach każdego chłopa i niejednego szlachcica, autora pieśni znaleziono martwego pod drzwiami jego domostwa. Medyk stwierdził samobójstwo poprzez podcięcie sobie gardła struną lutni.)

Autor: Kaedlin