|
|
Rozdział IV: Bestyje Słowiańskie
Praojcze, od Ciebie pochodzę i ku Tobie stopy swe kierować pragnę.
Niechaj Duch Przodków prowadzi mnie ścieżkami woli Twej,
a krok każdy słowa Kodexu na sercu żłobi.
Uczyń wędrówkę mą godną ziemi ojców ku chwale Twojej.
(modlitwa wędrowca)
Rozprawa Wielebnego ojca Mikołaja o plugastwie i siłach nieczystych ziemi słowiańskiej.
„ Z woli Praojca, z błogosławieństwem Przodków Ducha ziemia to urodzajem po góry i morza słynąca. Łany złociste ku niebu strzeliste, na chwałę Jedynego dar życia niosą. Rumaki rącze, trzoda w bokach pękata, drzewa w pokłonie ciężarem owoców chylone, cześć oddają...
Ku temu ziemia mężów słowiańskich cudem inszym okraszona jeszcze – wspólnotą. Żar ognisk domowych żarem serc zjednoczonych myślą, słowem i czynem. Jedna ziemia, jedno serce…
Na ziemi tej żem zrodzon jako dziecię Jego, sługa i podróżnik i z głowy chyleniem tako Wam rzeczę: wielkie dzieła Praojciec uczynił. Przeto wyklęci niechaj będą ci, którzy przeciw dziełom tym wystąpić śmieli, plugastwu tchnienie dając. Przeklęci bądźcie, Magowie, po stokroć przeklęci!
Za ich to przyczyną mary nocne jawą się stały, nić żywota pośród żywych przędąc, błogość słowiańskich dni, bezpieczeństwo słowiańskich nocy na karty przeszłości spisując.
Siły te złowieszcze za cel pierwy i najważniejszy pola i domostwa obrały, w taki to sposób godząc w źródło słowiańskiej siły.
Zmierzchało już kem krok pierwy w Jastrzębcu stawiał. Powiek ciężarem naglony ku gospodzie podążyłem, mijając po drodze chłopów co to z roli zgarbieni wracali a i bab gromady rozjazgotane. Na ganku przysiadłem z kuflem grzanego wina w dłoni i tako żem atmosferę rodzimej mej osady chłonął póki z zamyśleń głosy młodzików mje nie wyrwały.
Ucho nastawiwszy, słuchałem jak to o jaszczurze olbrzymim o wyglądzie potwornym do węża podobnym gaworzyli. Gada tego Żmijem zwanego z dawien dawna ludziska za bóstwo uznawały, wierząc iże trąby powietrzne i pioruny zsyłać umje i z tej to przyczyny kapliczki plugastwu temu stawiali i tam ofiarę kładli. Gdy ranka jednego całego krów stada w gospodarstwie brakło znakiem to było iże Żmij nieopodal grasuje.
Podróży znojem umęczony w chwil później kilka na posłanie ległem, sił resztkami owady natrętne przeganiając. Snem niespokojnym ogarnięty majaki przeróżne śniłem a spośród nich jeden ten sam wielokroć razy. W śnie onym widmo żem widział o ciele mglistym z nienaturalnie wydłużonymi kończynami, widmo co palce swe szkaradne na szyi mej zaciskało, podduszając mje i tchu pozbawiając. Rankiem gospodyni pręgi na krtani mej spostrzegłszy westchnieniem się zaniosła i mazidłem ból kojąc o Dusznicy tudzież Dusiołku opowiadać poczęła.
Zjawa to, co pod owadów postacią do domostw się zakrada i pod nocy osłoną obecność swą jawi. Na nieszczęśniku leżąc ręce na szyi jego zaciska, dusząc i majaki senne, przeróżne zsyłając. Za czasów dawnych wiarę dawano, iże widmo to duszą dawnego, złego sąsiada jest i jeno obrządek pochwycenia plugastwa tego w butelkę i do rzeki ciśnięcia spokój domostwu na powrót przynieść może.
Opowiedziała mje też o Kikimorze – drobnej, starszej kobiecie o włosach białych i potarganych oraz twarzy o obliczu zmiennym, co to raz lico zmarłej matki przypomina inszym zaś razem babki z domostwa danego. Bywa, że kurze nogi posiada, którymi niezdarnie powłóczy. Pod podłogą ponoć zamieszkuje, nocą wyłażąc, budząc i strasząc dzieci, sprzęty domowe psując a i zwierzynę płosząc. Babisko to przędzy plątanie nader sobie umiłowało i z tej to przyczyny nocne przędzenia odgłosy za zwiastun nieszczęścia są uznawane.
Z obrządków pogańskich przez gospodynię zalecanych nic żem sobie nie robił, jeno za krzyż ankh na szyi zawieszony chwyciłem i egzorcyzm rzecząc po gospodzie żem łaził pokój temu miejscu przywracając.
Ruszyłem potem ku kopalni, z której od świtu do wieczera późnego odgłosy pracy dudnią głośno. W chwili gdym tam przystanął posilali się górnicy na kłodach siedząc.
Na prośbę moją ochoczo skinęli i juże wtedy pierwy od strawy odstąpił wielkimi dłońmi w uda z zapałem poklepując. Lico chustą przewiązałem, tako by nos i usta chroniła od pyłu co to mję dusi i za chłopem barczystym ruszyłem. Kopalnia jak to kopalnia, długie tunele, ciemnica i szczurów popiskiwanie. Rzecz jednakże pewna uwagę mą przykuła. Co kroków kilkanaście w zakamarkach kamiennych maleńki flakonik w drewnie rzeźbiony i gorzałki butelczyny puste widziałem. Człek co to mje oprowadzał, nieskory do wyjaśnień był nadto, jednakże u kresu wędrówki naszej spokojniejszym się zdał i opowieść o istocie Pukaczem zwanej był rzeczon.
Skrzat to niewysoki, krępy o wielkich stopach i długich, splątanych kudłach. Zamieszkuje kopalnie i w psotach się lubuje: górnikom strawę podkrada, światło gasi, chodniki kruszy, straszy i mami. Słońca promieni gadzina się nie boi toteż raz po raz domostwa górników plądruje a gdy gorzałki jej braknie bywa iże na ludzi się rzuca pięściami srogo lica ich tłukąc. Temu też dbają górnicy by trunku Pukaczowi nie zbrakło i flaszki w miejscach przeróżnych kładą.
Opowiedział mje też o stworze inszym co to kopalni zwykł doglądać a dobrze traktowany opiekuńczym się stawał. Skarbnik, bo tako go zowią, górnikom pomaga bogatą kruszcu żyłę wskazując tudzież przed niebezpieczeństwami chroni i w postaci myszy miejsce wypadku wskazuje. Jednakoż raz rozzłoszczon mści się okrutnie, długo w pamięci przyczynę gniewu swego pielęgnując. Za występek największy niesolidną robotę postrzega a i po pijaku kopanie. W złości swej korytarze zawala bądź wodą zalewa, gazów wybuchy powoduje, sprzęty niszczy a i urobek podkrada.
Zaduchem kopalnianym umęczon ku polom ochoczo stopy swe skierowałem z dala już śpiewów jazgotanie słysząc. Słońce na niebie pęczniało środek południa zwiastując. Klepsydry dwie jak z bicza strzelił minęły gdym na roli pomagał, pośród bab śpiewu i dziatek chichotów chwasty rwąc z zapałem. Do osady powróciwszy w zielarki progi żem się udał, miskę strawy tam otrzymawszy i historyj kolejnych treści.
O Pomórniku opowiedziała mje staruszka, opisując plugastwo to jako bestię czworonogą o cielsku włochatym, wielkością młodzieńcowi przeciętnemu dorównującą. Ślepia jej niebieskie siłą i wściekłością się żarzą, czerń nocnego nieba błękitną poświatą rozcinając ku wędrowców przestrodze. Ludzi gadzina unika, zadowalając się trzody i bydła smakiem, jednakże biada temu, kto na teren jej wkroczy. Częstokroć mąż rosły żywot utracił włócząc się w okolicach pomórnikowej nory a kości jego na stos z kości ofiar inszych trafiły.
I opowiedziała mje zielarka o stworzeniach Wąpierzami zwanymi co to człekom jednakie są w wyglądzie i co to je na cmentarzyskach i pośród ruin napotkać można, choć bywało iże głodem pędzone w Jastrzębca progi się zakradały. Ofiarę wyszukawszy omamiają ją w miłosnych zabawach by krew jej spijać zachłannie w nocnym półmroku, jako że słońca się lękają. I rzekła baba gdym o sposoby walki spytał: „weźmiesz zali srebrem cholerstwo pociachasz, a gdy na ziemi skomleć będzie kołkiem serce ubijesz tudzież łeb plugastwu odciachasz inaczej ku twej to zgubie powstanie”. I czosnku korale na szyi mej zawiesiła gdym z ławy wstawał.
Zaprowadziła mje tedy do chłopa co to poczwarę Strzygą zwaną uwidział i wyjaśniła iże na dźwięk słowa tego lica czeków bledną, grymasem obrzydzenia krzywione. Niewiele jest słów inszych co popłoch takowy sieją, jeno chyba Inkwizycji brzmienie. Chłop, co gom miał poznać od dnia pamiętnego w trwodze żywot swój wśród murów świątyni Praojca wiedzie na kroków dalej niż trzydzieści nie odstępując. W pierś się bijąc, na Ducha Przodków zaklinając opowiedział mje o istocie, co jak niewiasta wygląda jeno na kończynach czterech ruszać się zwykła, szmaty odzienia swego po ziemi ciągnąc. Z ust jej kły ostre niczym sztylety sterczą i śmierć wróżą bolesną. Opowiadał jak stryjka jego gadzina dopadła krew zeń spijając do kropli ostatniej a potem w ślad za chłopem onym ruszyła. I rzekł jak widłami cholerstwo powalił w popłochu w kolczaste krzewy wpadając. Zza nich to dojrzał jak trup bestyji kończynami ruszać począł, a jęzorem po kłach zachłannie smagnął i tedy wstał i dalej poszedł.
Opowieściami oszołomiony nie spostrzegłem kem złotoczerwona łuna zachodzącego słońca rozmyła się na tle ciemnogranatowej nocy. Popędziłem tedy do chałupy kuchmistrza co to zaoferował się noclegu mje udzielić. Podczas wieczerzowania przy stole syto zastawionym posłyszałżem skrobania dźwięki spod podłogi biegnące. O Kikimorze myśląc w te pędy ze stołka się poderwałem przez izby sień pędząc. Jakież zdziwienie me wielkie było gdym gospodarzy rozbawionych uwidział na miejscach swych bez trwogi zasiadających.
Wyjaśnił mi tedy dziad o brzuchu beczułkowatym iż Chobołd chałupę ich od wiosen długich zamieszkiwuje a dobrze traktowany obejścia dogląda, drobne przedmioty naprawia i krowy doi. Zaniedbany z kolei bądź zniewadze poddany ekwipunki niszczy, choroby i człeków i zwierzyny wywołuje a i strawy szybsze gnicie. O wygląd zapytawszy odpowiedzi pewnej nie dostałem jeno domysły iże człowieczek to mały, brodaty z czapką czerwoną niczym jarzębiny owoc.
Rzekli mje też o stworze do Chobołda podobnym co to go Domawikiem zowią w Jastrzębcu.
Za piecem, na strychu bądź pod schodami ponoć w chałupach zamieszkuje. Ciężko psotnika uwidzieć, rzadko bowiem legowisko swoje opuszcza, jednakże znak o swoim bytowaniu daje, oj daje. Naczynia tłucze, jadło podkrada, a nawet i dzieci poszarpuje sińce im nabijając. Powiadają jednak ludzie iże w postaci kota lub psa zwykł się pojawiać i wówczas schwytać łazęgę próbować można.
Jako że kraina to w góry skaliste wtulona, dnia następnego wybrałżem się by sekrety miejsc onych na kartach rozprawy tej spisać. Wędrowałem klepsydr kilka za kompaniją mą podążając ku jeziornej wodzie, co to chłód w skwarze letnim niesie.
Tam to gdym stopy zbolałe w chłodnych głębinach zanurzał, opowiedzieli mje towarzysze o Mamunie. Istocie tak szkaradnej iże samym swym obyciem wojów najmężniejszych odwagi pozbawia. Stara, pomarszczona baba o piersiach wielkich i długich co to je na plecy zarzucić może. Morda jej brodata, przebrzydle wykrzywiona. Moce co potworzynę stworzyły głowę jej wielką niczym głaz uczyniły, kończyny przy tym na strony wszelakie wyginając. W zaroślach przywodnych brzydotę swą skrywa, z ukrycia chałupy pobliskie obserwując z nadzieją iże poród jakowych dziecię wypatrzy co by je podmienić bądź tysz skraść. Cholerstwa żem nie uwidział jednako sam już opis paskudztwa o słabość żołądka mje przyprawiał.
Powiadali też o istocie niewysokiej, niecałe dwie stopy zaledwie mierzącej, co to ślepia ma rybie na zielono zabarwione, lico pomarszczone i łuskowate, czuprynę zmierzwioną a palce i rąk i nóg błoną zrośnięte. Czerwień odzienia co to ją sobie za kolor umiłowała od wody lśniąca srebrzyście. Wodnik bo tak na poczwarę tę mawiać się zwykło, kałuże wody za sobą zostawia i w wygrzewaniu na pomostach, kładkach, tudzież na brzegu się lubuje. Tako ofiary swej wypatruje gotów dusić i topić.
I ostrzegli mje eszcze towarzysze poćciwi: „gdy nocka ciemna, gdy nocka głucha wystrzegaj się tedy wód wszelakich, czy to jeziornych czy morskich czy też rzeczułek i strumieni potoków, tam toć Utopców wiela”. Gadziny to wysokie, chude o kończynach rozciągniętych i do człeka podobne jeno skóra ich obślizgła zielona, błotem i glonami jakiemi oblepiona a głowa zbyt wielka. Przesiadują wśród traw rozciągnięte odzienie swe susząc a w dni insze studnie i młyny psując, łodzie atakując, ryby w połowie odstraszając a i człeków krzywdząc.
Słowa te one do serca sem wziął i rozpamiętywał gdyśmy w słońca czerwonej poświacie ku osadzie kroki powrotne kierować zaczęli. Chłód jeziornej wody przeszył starawe me kości. Wtem niewiast głosy śpiewne, posłyszałem co to duszy kojenie niosły a ciało w zimnicy rozgrzewały. Jeden z towarzyszy w pośpiechu do sakwy sięgnął i piołunu gałązkę wyjąwszy wymachiwać nią począł nerwowo w powietrzu znak ankha kreśląc. Drugi uszy swe kryjąc jedno słowo w kółko powtarzał: Rusałki, Rusałki. Wzrok żem wytężał w gęstwinę leśną patrzając i wreszcie ujrzałem. Wśród krzewów kniei tańcowało niewiast kilka zarówno nagich jak i w biel szat powłóczystych odzianych. Włosy ich czernią nieba smagniętę bądź traw zielenią, wiankami zdobione cudnie. Za krzyż na szyi pochwyciłem czując jak mnie ku nim siła jakowa ciągnie. Rzekł mi tedy młodzik od strachu pobladły, iże dusze to niewiast przedwcześnie zmarłych w ciała kuszące przybrane. Mężczyzn wabią by topić ich lub na śmierć długą w objęciach skazywać, białogłowy zaś prześladują drogę im myląc, na bagniska prowadząc i topiąc wreszcie.
Pociągnął mje tedy młodzian za szaty rąbek z zamyśleń srogo wyrywając i ku osadzie prowadząc pospiesznie krok każdy machnięciem gałązki piołunu poprzedzając.
Dnia trzeciego pobytu mego w Słowian osadzie, gdym słowa Kodexu pod gruszy konarem kontemplował, zebrały się chmury na tyle ciemne i gęste by słońca letnie promienie ugasić. Patrzałem na lud słowiański ze wzgórza wzniesienia i przysiąc bym mógł iże czas się przede mną zatrzymał. Przerwano prace wszelakie, zastygając w bezruchu zupełnym to na roli, to w chałup obejściach, to na rynku nawet. Wszyscy jak mąż jeden lica ku niebu wznieśli, a pot strużkami po umęczonych ich twarzach spływał. Spojrzałem i ja zali wtedy odpowiedzi szukając i gdym tak patrzał, wzrok swój wysilając, zdało mje się jakobym obłok nazbyt ruchliwy uwidział. I zdało mje się po chwili iże z obłoku tego postać młodzieńca ze skrzydłami u pleców, liną przez ramie przewieszoną i kapeluszem na głowę wciśniętym wyrastać poczęła. Rozbiegli się tedy ludziska domostwa na spusty wszytkie domykając a i ja żem pobiegł za ich przykładem. W izbie dziada jakiego w słowach jego poparcie znalazłem, dla tego cożem uwidział. Chmurnikiem zwykli młodzieńca onego zować a i Obłocznikiem czasem. Lęk wzbudza ulewy niszczycielskie gradu pełne zsyłając a i piorunami ziemię urodzajną orząc. I widziałżem ludzi co w strachu mąkę na wiatr sypali z nadzieją na demona ubłaganie. I widziałżem jak insi mąkę w ogień sypali.
I rzeczę wam: „w Praojcu siła nasza i opieka nie zaś w mące i gusłach wszelakich”
Rzeczą po chałupach baby historyje o staruchu co to gajów doglądał od ludzi stroniąc. Razu pewnego drwal jakiś robotą umęczon noclegu w chałupie gajowego upatrywał, nocą wczesną do izby wchodząc. W sieni smrodem zwierzyny cuchnącej, siennik pośród sprzętów znalazł a w nim… niedźwiedzia rozmiarów olbrzymich co jak człek pod kocem spał. W popłochu drwal do wioski powrócił o zdarzeniu tym rozpowiadając w niebogłosy. Nazajutrz mężów rosłych kilkunastu ruszyło, chwytając za drągi, topory i siekierki. Chałupę pustą znalazłszy w popiół oną obrócili, a polanę pobliską w pień wycięli, ni gałązki przeklętej ze sobą nie bierąc. W dwa dni później, na chwil kilka przed słońca świtaniem, domostwa tych to oprawców zwierzyna dzika z ziemią zrównała w zemsty odwecie. Powiadają jakoby w czasie tym to na lasu skraju dziada z siwą brodą widziano w zieleni szacie a u stóp jego zwierzynę najróżniejszą. Po dzień dziś drwale, myśliwi i Ci wszyscy co z zasobów leśnych korzystają spacerując lasu ścieżynami raz po raz dary przebłagalne pod drzewami stawiają. Czynić to zwykli z ostrożności i szacunku, pamiętając o leśnym strażniku Dziadem Borowym zwanym.
Wieczoru dnia tegoż samego gdy księżyc wysoko na nieboskłonie już widniał, wybrałżem się w czworga zbrojnych asyście ku ziemiom cmentarnym, by stwory co to je zamieszkują uwidzieć i w księdze onej spisać.
Rzekli tedy kompani moi o poczwarze Żyrem zwanej co to nazwa jej jako „tłuszcz” tłumaczona bywa. Ogromne, opasłe, rozkładające się ciało od pasa w dół dżdżownicę przypomina co na wielkich łapach bywa, że się podciąga. Powiadają ludzie iże pieruństwo to demonem obżarstwa jest i duchem człeka co to z przejedzenia żywota swego dokonał. Ukarany głodem wiecznym i nienasyceniem na cmentarzyskach widywan bywa gdzie za dnia w grobie swym śpi by nocą żerować.
Jako że plugastwo liczne i odmian wszelakich na ziemiach cmentarnych a i wśród ruin wiela bywa, tako też opowieść kolejną posłyszałem, razu tego o Lichu. Pomniejszy to demon ale złośliwy jak zgraja cała. Na domiar tegoż, cholerstwo to niewidocznym jest dla oka ludzkiego i jeno wiatru podmuch co to o dreszcze skórę przyprawia, obecność jego zwiastuje. Gdzieś na krańcach słowiańskiej ziemi, gdzie ścieżyny ku opactwu w Niziołach prowadzą, dwóch braci raz pierwszy stwora tego ponoć ujrzało. Powiadali oni jakoby chudziną było o ciele długaśnym jakby linami na łożu tortur rozciąganym i o ślepiu jednym tylko.
O świcie do podróży gotów, błogosławiłem ziemię słowiańską po gospodach wszytkich krocząc a i do zagrody stajennej na prośbę zaglądając. Po słowach dziękczynnych i pożegnań wielu traktem żem ruszył co to mje ku portowi poprowadzić winien. Z każdym klepsydry ziarnem co to w drodze mijało, słowa przestrogi w pamięci przywoływałem, bacząc by stworzeń Błędnicami zwanymi, co to na szlakach grasują nie napotkać. Stworzenie to płomień świecy na myśl przywodzi, podróżnych na niewłaściwe ścieżyny zwodzi. Migotliwe i zwinne nie dają się podejść, znikając i gasnąc niespodzianie. Wielu tych, co ogniom kłamliwym uległo po dzień dziś powrotu z traktów nieznanych upatruje.
I do portu wreszcie żem dotarł, co to za umową Słowian i Franków powstał. I tam w karczmie przy kubku wina dobryckiego historię żem usłyszał o białogłowie urody cudnej jeno o rybim ogonie miast nóg. Niejeden marynarz, czy rybak nagim jej ciałem uwiedzon w głębinach morskich żywota dopełnił. A Syrena, jak na niewiastę przystało w kaprysach swych raz szczęściem i pogodą zacną żeglarzy uraczać zwykła, innymi zaś razy sztormy przywoływać, mężów ze statków w wodne odmęty skradać, tudzież łodzie niszczyć. Istoty one widywane bywają zarówno na otwartym morzu jak i w okolicach plaż, wybrzeży, raf a i wśród statków wraków. Zaprawieni w morskiej sztuce powiadają iże w siedliskach syrenich najlepsze łowiska bywają a i drobne skarby znaleźć można.
Nie mje o tym świadectwo dawać jeno o Praojcu co to w łaskawości swojej i w Ducha Przodków opiece podróży tej to dokonać mje dowolił i rozprawy onej ostatnią kartę zapisać.
Autor: Kaedlin
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać


Odpowiedzi
Szkoda, że ojciec Mikołaj nie wspomina nic o Południcach. A przecież one istnieją!